wtorek, 1 grudnia 2015

Filmowe koty [3]: Śniadanie u Tiffany'ego

(Breakfast at Tiffany's, 1961)


Reżyseria Blake Edwards

na podstawie opowiadania Trumana Capote,
W rolach głównych Audrey Hepburn i George Peppard



Najsłynniejsze "Śniadanie" w historii kina z jedną z najbardziej ikonicznych postaci współczesnej popkultury. Włosy spięte do góry, długa fajeczka, czarna sukienka, naszyjnik i jeszcze ciemne okulary - oto ona, urocza trzpiotka, Holly Golightly. Dziewczyna jest wisienką na torcie socjety Upper East Side - wydaje stylowe przyjęcia, trwoni czas ze sławnymi ludźmi, łamie serca i często wpada w kłopoty. Za 50 dolarów możesz "zabrać 
" do toalety (określanej wówczas jako powder room). Jak podkreśla jedna z postaci: "Żeby ją polubić, potrzebujesz duszy poety", bo to jest "prawdziwa oszustka, prawdziwa, bo wierzy w te wszystkie bzdury". Ale na swój sposób piękną, tragikomiczną i wciąż aktualną historię Holly uzupełnił swoją tajemniczą obecnością również rudy kot, znany jako bezimienny włóczykij (poor slob without a name). Przyjrzyjmy się zatem klasyce, bo jak wiadomo - class doesn't age!





Holly Golightly c' est moi!

Ekscentryczny pisarz i zwodnicza muza

Nie byłoby "Śniadania u Tiffany'ego" gdyby nie pióro Trumana Capote (opowiadanie wydano w 1958 roku). Warto podkreślić, że słynny pisarz miał inny typ do roli swojej ulubienicy 
Holly Golightly (wielu specjalistów uważa wręcz, że kobieca postać stanowi "duchowe alter ego" autora "Z zimną krwią"). Idealnym ucieleśnieniem papierowej bohaterki była oczywiście Marilyn Monroe. Aktorka za podszeptem swojego "drugiego cienia" w osobie znienawidzonej Pauli Strasberg odmówiła i zdecydowała się na udział w "The Misfits" Johna Hustona (ostatni ukończony film w karierze Monroe). Za odmową stało ponoć to, że nie wypadało wówczas gwieździe "Słomianego wdowca" (1955) grać prostytutkę [1] i nadwyrężać jeszcze bardziej zwichrowanego wizerunku publicznego (aktorka miała na koncie trzeci rozwód, domniemamy romans z Yvesem Montandem i Prezydentem Kennedym).


Nie przestraszyła się tej roli za to eteryczna Audrey Hepburn, związana wówczas kontraktem z wytwórnią Paramount. Co ciekawe, Blake Edwards nie był również pierwszym wyborem producentów, gdyż początkowo myślano o Johnie Frankenheimerze [twórcy znanego z późniejszych dzieł - "Ptasznika z Alcatraz" (1962), "Siedmiu dni w maju" (1964) czy drugiej części "Francuskiego łącznika" (1975)]. Bez wątpienia "Śniadanie (...)" byłoby pod jego batutą o wiele mroczniejszym filmem (być może tak jak w noweli, nie znalazłoby się miejsce dla happy endu), który nawiązywałby szerzej do kontekstu II WŚ (akcja w noweli jest przesunięta do lat 40.) oraz wątku brata Holly, Freda. Spróbujmy sobie to wyobrazić - Capote marzy o Monroe, producenci stawiają na niedoświadczonego wówczas Frankenheimera, a zamiast George'a Pepparda widzą w głównej roli męskiej - badboya Steve'a McQuenna. Kuriozalna mieszanka... Capote nie był oczywiście zadowolony z castingu, gdyż uważał, że Holly musi mieć w sobie coś tajemniczego, coś "niedokończonego" co pozwoli jej dalej trwać i wciąż wszystkich zwodzić. Choć nie miał nic personalnie do Hepburn, to i tak wielokrotnie skarżył się na ten aktorski wybór w wywiadach.



Truman Capote: portret z kotem (creepy)


Peppard jako pisarz Paul Varjak w "Śniadaniu u Tiffany'ego".
Bohater napisał jedną książkę pt. "9 lives"
Czy w tym kadrze mamy
  prześmiewczą prefigurację "Z zimną krwią" [?]




Audrey Hepburn, laureatka Oscara za swój debiut "Rzymskie wakacje" (1953), nie uważała siebie - o dziwo - za ładną. Wręcz przeciwnie - skarżyła się dość często na swoją "zabawną buzię", mały biust i... za duże stopy. Jednakże obawy Audrey w tym czasie mogły być do pewnego stopnia uzasadnione - aktorka pod wieloma względami była absolutnym przeciwieństwem Marilyn Monroe czy Jayne Mansfield. Daleko jej było zatem do "seksbomby" w stylu pin up czy push up, ale to właśnie jej smukła figura baletnicy stała się tym "niedoścignionym" ideałem dla wielu późniejszych pokoleń. Skromna, drobna gazela przeobraziła się w muzę francuskiego projektanta Huberta de Givenchy [2], w ikonę elegancji i stylu. Ostatecznie przewrotny sukces Hepburn polegał na tym, że była "idealnym zbiorem niedoskonałości", które na ekranie czyniły z niej najbardziej uroczą damę w historii światowego kina.







Zob.: http://www.telegraph.co.uk/fashion/people/audrey-hepburn-style-icon-best-looks/breakfast-at-tiffanys-window/

U Tiffany'ego nic złego nie może się wydarzyć!



Bardziej niż śniadanie, liczy się miejsce, w którym jest ono spożywane -  film rozpoczyna się słynnym ujęciem na 5th Avenue, gdzie rzeczywiście od 1940 roku mieści się salon Tiffany'ego. Warto zaznaczyć, że pustą ulicę udało się nakręcić w niedzielny poranek... o piątej. Tiffany stał się przez lata synonimem trzech kluczowych elementów w świecie wyższych sfer i nie tylko - piękna, stylu, jakości. Marka kojarzy się przede wszystkim z drogocenną biżuterią w charakterystycznych niebieskich pudełeczkach, ale specjalizuje się też w lampach czy zastawach stołowych. W filmie Edwardsa zostaje zaprezentowany przecież prototyp - srebrny patyczek do wykręcania numerów na telefonie... za prawie siedem dolarów. Ale Tiffany kojarzy się też z epoką, w której szczytem marzeń niemalże każdej panny-singielki był pierścionek zaręczynowy na palcu, tzw. soliter. Epoką, którą trafnie definiuje stwierdzenie - it's romantic to dream, how lovely. Trzeba przyznać, że spektrum kobiecych marzeń uległo w (pop)kulturze znacznemu rozszerzeniu, thanks God.





BTW: Audrey Hepburn stała się  niekwestionowanym wzorem stylu i elegancji. Dowodem na to chociażby kreacja
Blair Waldorf w kultowym serialu "Plotkara" [Gossip Girl].Warto podkreślić, że serial ten choć rozgrywał się współcześnie, znacząco czerpał ze stylistyki retro pod kątem mody i manier. Dekadencja socjety Upper East Side została żywcem wyjęta z prozy Scotta Fitzgeralda. Stałym motywem serialu były sny Blair, w których wielokrotnie bohaterka była stylizowana na Audrey Hepburn - od grzecznego wizerunku "Rzymskich wakacji" po bardziej drapieżny w "Śniadaniu u Tiffany'ego" czy też z przymrużeniem oka w "My fair lady":



Czemu kot nie ma imienia?

Oto jest pytanie. Sprawa jest jednak prostsza, niż mogłoby się wydawać. Holly mówi wprost: "Jestem tym kotem. Nie należymy do nikogo, ani nikt nie należy do nas. Sami nie należymy do siebie", aby następnie dodać znamienne słowa: "Nie wiem kim jestem". Dziewczyna boi się odpowiedzialności i jak widać dużo mówi, broni się przed światem ucieczką, zakłamaniem, odrzucaniem świadomości i tożsamości (jej prawdziwe imię to Lula Mae Barnes) - nie potrzebuje nic wiedzieć (symboliczne przekazywanie "prognozy pogody" gangsterowi Sally Tomato w więzieniu), chociaż tak naprawdę wie wszystko o wszystkich. Na zasadzie - cwańsza, niż ładniejsza.



George rzuca dla Holly swój żywot męskiego żigolaka z wynajętym przez kochankę mieszkaniem i zamienia się w rodzaj protektora, rzeczywiście staje się Fredem [bratem Holly, który zginął wracając z wojny]. Bohater stawia niezwykle trafną definicje: "miejsce nie jest ważne, bo nie uciekniesz od siebie. Boisz się ograniczenia, zamknięcia w klatce, ale prawda jest taka, że sama się w niej zamknęłaś".

To co osobiście uwielbiam w kreacji Hepburn, to rodzaj niezdarności, która paradoksalnie ratuje ją przed ostentacyjną karykaturą, uczłowieczając ją. W słynnym ujęciu otwierającym "Śniadanie" Holly wysiada z taksówki tyłem do kamery - wówczas widać, że czarna sukienka jest na nią nie do końca dopasowana (wydaje się być za długa). Bohaterka jest przebrana, co jest znamienne dla całego filmu, z wyjątkiem ostatniej sekwencji, kiedy po raz pierwszy widzimy ją w spodniach. Fakt, że nie jest ona seksbombą, dla której traci się głowę zaglądając w obfity dekolt, czyni ją postacią zdecydowanie bardziej aktywną – Holly musi się podwójnie starać, wychodzić z inicjatywą, musi stale zabawiać, a nie być zabawiana. Mało tego, każdy ją wykorzystuje, a ona patologicznie tego potrzebuje, aby ugruntować swoją pozycję „wiecznie szukającej” czy też „wiecznie na rozdrożu”. Bohaterka udaje "coś" przed światem, ale przede wszystkim przed samą sobą – jest inkarnacją złotej myśli fake it until you make it. Odzwierciedla osobę, która trzyma się kurczowo powierzchni, bo jest zbyt przerażona tym, co mogłaby odnaleźć w głębi swojej osobowości. Bohaterka pragnie odnaleźć szczęście i swoje miejsce w życiu, w którym czułaby się tak samo dobrze jak u Tiffany’ego. I nawet jeśli Edwards i scenarzyści zdecydowali się na szczęśliwe zakończenie, to trudno wyobrazić sobie jak miałoby wyglądać jej dalsze życie (bądź też ich wspólne życie) po powrocie do mieszkania. Holly, która gotuje obiady? Karmi punktualnie swojego kota? Przestaje kraść drobne rzeczy w sklepach? Nie zapomina klucza do drzwi wejściowych? A co ważniejsze – Holly, która wstaje wcześnie, żeby iść rano do pracy? Nie ma szans. Jak długo kot utrzyma się na smyczy? Bo ona jest właśnie tym kotem i nigdy się nie dowie czego chce w życiu, z wyjątkiem samego życia.

Chcecie wiedzieć co dzieje się po zakończeniu filmu? Powiem Wam. Holly z Paulem wracają do mieszkania, kochają się, ona wyjeżdża i zostawia go samego. Ale nie wylatuje do Brazylii pomimo biletu, tylko przemieszcza się statkiem do Włoch. Tam rodzi swojego syna – Jepa Gambardellę. „Wielkie piękno” nie ma końca, a geny chyba muszą być te same.

Jedna z moich ulubionych scen w filmie, którą uważam za boleśnie prawdziwą. Pijana bohaterka zrzuca maskę i "nazywa rzeczy po imieniu" raniąc Paula/Freda. Chodzi też o "ten zgubny moment", kiedy pomimo już względnej nietrzeźwości chce się niejako "poprawić" ten stan kombinując na wszelkie sposoby nowy alkohol.

Co ciekawe, w opowiadaniu nie odnajdziemy śladu romansu między Holly a Fredem, czyli narratorem. Drogi postaci rozchodzą się w 1944 roku. Bohaterka samotnie podróżuje w poszukiwaniu szczęścia, a Fred trafia przypadkiem na jej domniemane zdjęcie w Afryce. Holly z opowiadania jest jak "dzikie zwierzątko, któremu nie wolno oddawać serca. Nie wolno ich kochać, bo to jest tylko wzmacnia". Ostatecznie są stworzone do tego, żeby ranić innych i uciekać. Szczęśliwe zakończenie na które zdecydowała się wytwórnia zmienia całkowicie wymowę filmu - w filmie dostarczono Holly szansę na miłość, ale przede wszystkim miłość do samej siebie, która pozwoliłaby jej się wreszcie zatrzymać i przestać się kryć za lśniącą fasadą i ciemnymi okularami.




Scena końcowa: taksówka, deszcz i... mokry kot. Blake Edwards skarżył się w wywiadach, że trudno było wytrzymać wówczas na planie, gdyż mokra sierść miała nieznośny zapach. W filmie wykorzystano ponoć 9 różnych, w miarę wytrenowanych kotów. Warto zwrócić uwagę na to, że wykonują one w filmie nie lada akrobacje - zarówno podczas sceny imprezy jak i obłędu Holly, kiedy to dziewczyna demoluje mieszkanie i rzuca kotem... w okno.



Koty na bok, żarty naprzód:

Sophie et moi w trakcie seansu "Śniadania u Tiffany'ego".
Trzeba przyznać, że moja kotka wygląda jak córka Spockiego ze Star Treka, 
oby umiała się równie dobrze teleportować...
["Beam me up, Sophie"]

PRZYPISY:

[1] Warto zauważyć, że sam Capote nie zgadzał się z określeniem call girl w odniesieniu do postaci swojej ukochanej Holly. W wywiadzie dla magazynu Playboy [marzec 1968] nazywa bohaterkę "amerykańską gejszą, która dostaje od mężczyzn drogie podarunki i nie zawsze kończy z nimi w łóżku po kolacji. Ma szczerą nadzieje, że poślubi któregoś z milionerów". Współcześnie nazwalibyśmy ją po prostu utrzymanką.
[2] Długoletnia przyjaźń i współpraca z Givenchy rozpoczęła się za sprawą filmu "Sabrina"(1954) Billy'ego Wildera. Aktorka przyjechała do Paryża, a projektant zdecydował się poświęcić jej czas, gdyż myślał, że chodzi o... Katharine Hepburn. Miłość rozkwitła ponoć od razu - projektant odnalazł swoją muzę, a aktorka kreacje, które - jak sama wielokrotnie podkreślała - "nadały jej właściwie kształty". Z Paryżem Hepburn wielokrotnie się bratała również w swojej filmografii - paryski epizod w "Sabrinie" (Audrey śpiewa zresztą w filmie "La vie en rose"), "Zabawnej buzi" czy późniejszym "Paryż kiedy wrze" (1964).


"Bonjour Paris" z musicalu "Funny Face" (1957). 
Obok Hepburn, sam Fred Astaire w roli głównej


Zob.: http://www.telegraph.co.uk/culture/film/11731823/Hubert-de-Givenchy-My-relationship-with-Audrey-Hepburn-was-a-kind-of-marriage.html

piątek, 20 listopada 2015

Filmowe Koty [2]: Co jest grane, Davis?

(Inside Llewyn Davisreż. Ethan i Joel Coen

Grand Prix na Festiwalu Filmowym w Cannes, 2013/4)



Filmowe koty, ujęcie drugie. I to jakie ujęcie. Tym razem nasz bohater jest bezwstydnym rudzielcem, który doprowadza tytułowego bohatera do szału. Przed Państwem: „Co jest grane, Davis?”, czyli Bracia Coen między ironią a melancholią.


Llewyn Davis: człowiek fuck-up



1961, Greenwich Village. Llewyn Davis (Oscar Isaac) próbuje zaistnieć na nowojorskiej scenie folkowej spod znaku uroczych „novelty song” pokroju „Please, Mr Kennedy [oh oh]”. Zazwyczaj grał w duecie, ale jego muzyczny partner Mike Timlin popełnił samobójstwo. Najnowsza płyta Davisa nie sprzedaje się. Bohater nie ma pieniędzy, dachu nad głową, pomysłu na siebie, a co ważne – nie ma po co dalej żyć. Ludzie chcą go „wymazać z mapy świata” – dziewczyna, która myśli, że jest z nim w ciąży, marzy o aborcji, a nie o „dziecku z biednym idiotą”. Dwa lata wcześniej to samo zrobił niejakiej Diane, jednakże ta ostatecznie nie usunęła płodu. Najprawdopodobniej Davis ma syna w Akron (kłopoty ojcowskie to przecież jedna ze specjalności Coenów). 


  "Koci" trailer filmu Braci Coen

W swoim prawdziwym życiu bohater stał się poniekąd karykaturą postaci o których tak pięknie śpiewa. Ale Llewyn Davis nie jest Bobem Dylanem i ma chyba tego świadomość. Chce być upadły, chce być anty-bohaterem. Davis nie trafia w tonację, która zawładnie epoką - jest wiecznie spóźniony. I to właśnie świadomość swojej życiowej porażki, kształtowanie własnej egzystencji na wzór konsekwentnej klapy, wydaje się być jedynym dostępnym zwycięstwem Davisa. Ostatecznie ma nas… i rudego kota. „Co jest grane, Davis?” wydaje się różnić od poprzednich filmów reżyserskiego duetu – jest o wiele bardziej melancholijny i ludzki, a jednocześnie zachowuje typową dla Coenów "ironię losu". Llewyn Davis omija przecież ten zakręt, który mógłby odmienić jego życiową drogę, nadać jej nowy bieg. A przecież tam kryło się miejsce na potencjalne rozwinięcie fabuły, na dramaturgię. Dzieje się wręcz przeciwnie, historia zatacza koło. 

Licencja na ośmieszanie świata

  
"What the fuck...?" w twórczości Braci Coen

Bracia Coen uwielbiają się bawić. Rozliczne, intertekstualne nawiązania na polu zarówno tematycznym, jak i estetycznym ich dzieł tworzą napiętą strukturę, którą widz-detektyw czuje się w obowiązku rozwikłać. Ale ich erudycja idzie w parze z sardonicznym humorem. Bawią się z widzem, poniekąd kpiąc z niego. Każde dzieło kultowych braci jest majstersztykiem, o wiele subtelniejszym, niż chociażby filmy Tarantina, do których Coenowie są stale porównywani. Twórca "Pulp Fiction" działa na powierzchni i wydaje się być dobrodusznym błaznem-geniuszem, filmowi Bracia sięgają znacznie głębiej, w białych rękawiczkach i z przerażająco poważną miną a’ la Javier Bardem z „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Dialektyczność dzieł Braci Coen doprowadza krytyków do szału – nawet najbardziej spektakularna interpretacja może wydać się po czasie lukrowaną wydmuszką. To jest tak jakby artyści z zimnej Minnesoty posiadali „licencję do ośmieszania świata” – im poważniej do nich podchodzisz, tym prędzej wpadasz w pułapkę. W ich przypadku trudno mówić już o cynizmie, trzeba być odświeżyć z szuflady filozoficznych pojęć, coś równie godnego ich błyskotliwości –  niejaki „kynizm” Petera Sloterdijka ("Krytyka cynicznego rozumu") [1]. A może ta podwójność i dialektyczność bierze się z faktu, że jest ich dwóch na pokładzie? Organicznie próbują scalić dwie wizje w jednym dziele. Spostrzeżenie idiotyczne, ale jest coś na rzeczy… Pasuje do twórców „Burn after reading”.


Koci Ulisses, czyli o takim jednym co ukradł całe show

Po pokazie w Cannes Bracia Coen wyznali, że „[ich] film nie ma tak naprawdę fabuły… To nas zmartwiło. Dlatego też wrzuciliśmy do niej kota”. Rudy kompan Davisa staje się spoiwem poszczególnych scenek z życia biednego artysty. „Co jest grane, Davis?” składa się z dwóch części, „dwóch obszarów”. Jedna z nich jest kawiarniano-mieszkalna, czyli zatłoczone i zadymione peryferie Nowego Jorku, w którym rozbrzmiewa muzyka folkowa. Druga natomiast, przeobraża się open road movie, pojawia się jakiś „zgubny” cel – szukanie impresaria o znaczącym imieniu Bud Grossman [2]. Kot jest spoiwem narracyjnym, gdyż wszystko sprowadza się do niego i też „z jego powodu”.

  
Rudy kot otwiera film Altmana "Długie pożegnanie" (1973)
na podstawie powieści Raymonda Chandlera (1953)

Przez cały film Coenów przetacza się również wątek pożegnań. "Co jest grane, Davis?" rozpoczyna się ujęciem idącego kota z ogonem do góry, które przypomina fragment sekwencji otwierającej „Długie pożegnanie” Roberta Altmana. Maść kota też się pokrywa, swoiste przemęczenie i znudzenie bohatera również. Llewyn rozpoczyna film pełną troski balladą “Hang Me, Oh Hang Me”, aby przejść następnie do „Fare Well”. Ostatnie słowa, które wypowiada Davis to zresztą – „Au revoir”. Bohater, któremu początku pisany jest margines, ostatecznie w nim zastyga i to w tonacji własnej pieśni. Tak jak altmanowsko-chandlerowski Marlowe (symboliczny born-loser), Llewyn może z przekąsem dodać – „nawet kot mnie opuścił” (ang. Yeah, I even lost my cat…).

Explain the cat!

   Ale co z tym kotem? Mało tego, kotem o imieniu Ulisses (kłania się kolejne nawiązanie do uniwersum filmowych braci, czyli „Bracie gdzie jesteś?”). Ten mitologiczny wątek nie wydaje się bez znaczenia (jak zresztą wszystko u Coenów, można by żartobliwie dodać – nawet „nicość” ma u nich wartość [sic!]). Jak pisze Iwona Cegiełkówna: „Llewyn, niczym błądzący po labiryncie Tezeusz pozbawiony nici Ariadny, wciąż trafia do punktu wyjścia”. Autorka nie tylko doszukuje się w filmie nawiązań antycznych, ale też baśniowo-onirycznych, w którą postać kota wpisuje się doskonale: »wiąże się z nim bogata symbolika: tajemnicy, mroku, niezależności. Taką niejednoznaczną rolę pełni Kot z Cheshire w „Alicji w Krainie Czarów” czy kot z „Folwarku zwierzęcego” Orwella, który głosuje i za, i przeciw. Ta ambiwalencja podkreśla status Llewyna jako typowego XX-wiecznego everymana, „człowieka bez właściwości”«. Ten brak właściwości mógłby paradoksalnie stanowić cechę – Llewyn jest pechowy, nijaki, ale w moim przekonaniu – imponująco konsekwentny w swojej życiowej postawie. Ale jak wykrzykuje z ekranu Jean, grana przez Carey Mulligan, „wytłumacz się tego kota!”. 


   Krytycy próbowali, fani wciąż próbują. Teorie są jak najbardziej spiskowe. Kot jako talizman, symbol, metafora, żart, nawiązujący do sławetnej scenariuszowej rady Blake'a Snydera ”ocal kota – save the cat!, wówczas każdy pokocha twojego bohatera”… Z jednej strony kot może być odczytany jako odpowiednik samego Davisa, symbol kryzysu jego tożsamości (analiza „The Atlantic”). Ciekawsza jednak wydaje się być interpretacja ze strony „Digitalspy” – Kot to nie Llewys, to… Mike, były muzyczny partner. Tytułowy bohater nie nadaje się na artystę solowego, wszystko robił w duecie. Po wysłuchaniu jego muzycznej interpretacji, Grossman nie proponuje mu kontraktu, tylko miejsce w jakimś trio. Davis kłóci się z Państwem Gorfeins, właśnie wtedy gdy Pani Gorfeins zaczyna śpiewać cześć Mike’a… Kot stale mu towarzyszy na przedmieściach Nowego Jorku. Nawet wtedy gdy okazuje się, że znalazł niewłaściwego rudzielca, zabiera go ze sobą. Zostawia go następnie przy drodze, ale kot do niego wraca... na tej samej drodze. Coenowie uwielbiają powtórzenia –  tak dzieje się ze sceną przebudzenia Davisa u Państwa Gorfeins. Ten psotny rudzielec znów tam jest, ale tym razem ten właściwy, czyli Ulisses. Bohater nie pozwala mu ponownie uciec, chce być sam, chce spróbować żyć po swojemu, nawet jeśli to będzie oznaczać samozagładę. „Co jest grane, Davis?” byłby zatem opowieścią o braku, w tym „stracie samego siebie”.


Zob.: 

Krytycy kochają kota braci Coen:

http://www.vulture.com/2013/12/critics-love-the-inside-llewyn-davis-cat.html

Interaktywny projekt analizy porównawczej: Ulisses i Inside Davis Llewyn

http://www.math.grinnell.edu/~simpsone/Ulysses/Projects/llewyn.php



Rudzielce podbijają Hollwyood

    
Oscar Isaac opowiada o swoich traumatycznych przeżyciach z kotami...


Nawiązując do tytuły, nie mam na myśli gwiazdy „Teorii wszystkiego” (Eddie Redmayne) czy „Wroga numer jeden” (Jessica Chastain). Garfield, Klakier, Krzywołap z serii o HP… a w 2014 koty oczarowały świat występami w „Zaginionej dziewczynie” (niektórzy, żartowali wręcz, że kot wyraził więcej emocji przez jedno ujęcie, niż Ben Affleck przez cały film) i „Co jest grane, Davis?”


"Gone Girl", reż. David Fincher

Ulisses w Cannes cieszył się tą samą sławą jak Uggie, pies z oscarowego „Artysty”. Określony go wręcz „najlepszym rudzielcem od czasu »Długiego pożegnania« Altmana”. Przy czym trudno mówić o jednym kocie w przypadku filmu Braci Coen, gdyż wykorzystano na zmianę całe trio, o pięknych imionach: Tiger, Jerry i Daryl. Kot[y] był ponoć prawdziwym pain in the ass, a Justin Timberlake żartobliwie wyznał w wywiadzie, że „kocur był najbardziej kapryśną gwiazdą na planie, wiecznie niezadowoloną z cateringu”. Za tydzień przyjrzę się zresztą kolejnemu rudzielcowi, który akurat zbudował karierę na tym, że był bezimienny i należał do Holly Golightly – Kot ze „Śniadania u Tiffany’ego”.



Joel Coen: "You have lots of different cats on set... Oh, that one won't do the scene? Try this other one, see if he'll do it.' And you just sit there until he does it, or until you say, 'Fuck it, he ain't gonna do it,' and come up with something else."

Hermiona i Krzywołap w filmie "Harry Potter i więzień Askabanu"

PRZYPISY:


[1] W "Krytyce cynicznego rozumu" Peter Sloterdijk rozróżnia dwie przeciwstawne kategorie cynizmu i kynizmu. O ile cynizm uznawany jest za "wszechwiedzę panów", kynizm charakteryzuje się satyrą, plebejską wolnością, krytyką, emancypacją - "ciało, które prowokuje władzę i wywołuje krytykę". Badacz niejednokrotnie był krytykowany za ahistoryczne przeniesienie pojęć, aczkolwiek postulat stworzenia nowej, oczyszczonej kategorii dla cynizmu jest fascynujący.

[2] Dla fanów Boba Dylana nazwisko Grossman jest od razu rozpoznawalne – przez lata był menadżerem muzycznej ikony. W „Wietrznym mieście” Grossman założył klub folkowy „The Gate of Horn" oraz studio nagraniowe. Llewyn śpiewa w Chicago piosenkę “The Death of Queen Jane”, która zdaje się w pełni oddawać jego desperację. W piosence pojawia się również wątek rodzicielski, który ciąży nad bohaterem (If I lose the flower of England, I shall lose the branch too). Jak słusznie zauważa Adam Nayman w swojej recenzji dla Cinema Scope, Coenowie znów kpiąco puszczają oczko obsadzając aktora arabskiego pochodzenia (F. Murray Abraham) w roli żydowskiego impresario. Etniczne maskarady to znów jedna z ich specjalności. Zob. recenzję na stronie: http://cinema-scope.com/currency/inside-llewyn-davis-joel-ethan-coen-us/


[3] Iwona Cegiełkówna, Co jest grane, Davis?, „Kino" 2014, nr 02, s. 84

Llewyn Davis i rudy kot, ontologiczna odyseja na peryferiach Nowego Jorku

wtorek, 17 listopada 2015

Wywiad z Sonam Kapoor, księżniczką Bollywood




Jedna z najpiękniejszych aktorek Bollywood, prawdziwa diva i ikona mody. Córka legendarnej gwiazdy hinduskiego przemysłu filmowego, Anila Kapoora (wystąpił m.in. w nagrodzonym Oscarem "Slumdogu" Danny'ego Boyle'a czy w telewizyjnej serii "24 godziny"). Choć karierę rozpoczęła w 2007 roku, największe sukcesy odnosi dopiero od niedawna - przełomowym dla niej okazał się społeczny dramat "Raanjhanaa" (Beloved One, 2013), w którym wykazała się przede wszystkim dojrzałością, zbierając przy tym świetne recenzje od krytyków. W tym samym roku aktorka pojawiła się w epizodycznej roli w biografii sportowej "Bhaag Milkha Bhaag" (Biegnij Milkha, Biegnij) o olimpijskim biegaczu Milkha SinghJej wizerunek znacząco ociepliła komedia romantyczna "Khoobsurat" (Najpiękniejsza, 2014), w której została pierwszą hinduską księżniczką Disneya. Współczesny "Kopciuszek" w jej wykonaniu był równie niezdarny, co uroczy. Z rolą księżniczki nie pożegnała się zresztą na długo, mało tego - zagrała u boku jednego z trzech największych gwiazdorów Bollywood - Salmana Khana w filmie "Prem Ratan Dhan Payo" (Receive a treasure called love, 2015) w reżyserii mistrza rodzinnych, gigantycznych melodramatów Sooraja Barjatyi. Rozmawiałam z Sonam przed festiwalem filmowym w Cannes (maj 2015), na którym stale pojawia się jako ambasadorka marki L'Oreal Paris. Znajdowała się wówczas na planie "Prem Ratan Dhan Payo" i nie spodziewała się jeszcze olbrzymiego sukcesu jaki film odniesie pół roku później. 

Plakat reklamujący nowy film Salmana Khana i Sonam Kapoor.
Premiera odbyła się podczas święta Diwali. 

Odnotowano rekordową frekwencję i sprzedaż biletów

Diana Dąbrowska: W Polsce kino bollywoodzkie kojarzone jest przede wszystkim z filmem „Czasem słońce, czasem deszcz” z Shah Rukh Khanem w roli głównej. Takie produkcje jak komedia „Hotel Marigold” czy oscarowy „Slumdog. Milioner z przypadku” powielają na międzynarodową skalę egzotyczne stereotypy dotyczące Indii. Tymczasem wasza kinematografia zmienia się i ma dziś chyba do zaaferowania więcej niż osławione tańce i śpiewy?

Sonam Kapoor: Dotyka pani teraz pewnego stereotypu, ale trzeba przyznać, że jest on związany z naszą tradycją kulturową i religijną. Wypomina się nam, że nie pokazujemy scen pocałunków czy stosunków seksualnych, a przecież wszystkie uczucia wyrażamy właśnie poprzez taniec. Zresztą niektóre zarzuty z biegiem czasu stały się przestarzałe.   Dziś całujemy się w swoich filmach tak jak dzieje się to w normalnym życiu! Bollywood pomału wychodzi z szowinistycznej przestrzeni, w której patriarchalny porządek stanowił najwyższą instancję, a kobiety postrzegane były wyłącznie jak , ozdoba. W moim przekonaniu odradza się „złota era” naszego kina z lat 60. i 70.- filmy zwracają się ponownie w stronę rzeczywistości, stają się bliższe ludzkim potrzebom.

Czy Bollywood stara się zatem walczyć o lepszą pozycję dla kobiet, aby przeciwdziałać szkodom jakie wyrządza im społeczeństwo?

Widać wyraźne oznaki przemian. Obecna sytuacja kształtuje się wyraźnie na naszą korzyść – kino podkreśla rosnące znaczenie kobiet w hinduskiej rzeczywistości, daje nam szansę, abyśmy były bohaterkami filmów w pełnym tego słowa znaczeniu. To na naszych barkach opiera się cała narracja filmowa, nie potrzebujemy już towarzystwa męskiej gwiazdy, aby zwabić ludzi do kin. Filmy o kobiecej tematyce, z silnymi bohaterkami, udowodniają producentom, że mogą przynosić coraz większe przynieść zyski. Kino spełnia w naszym kraju bardzo ważną funkcję społeczną i może być pełnoprawnym narzędziem do walki z dyskryminacją płciową.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że kino bollywoodzkie opiera swoją siłę na tworzeniu fantazji, w których główne role odgrywają nieziemsko przystojni mężczyźni i olśniewająco piękne kobiety. Jak odnaleźć się w sytuacji, w której wymaga się od pani bycia ideałem?

Nie czuję presji, abym musiała na siłę wpisać się w pewien stereotypowy wizerunek. Mam taką zasadę, że zawsze mówię to co myślę. Jestem sobą na każdym kroku. Nie ma sensu zresztą udawać kogoś kim się nie jest, bo los ostatecznie i tak upomni się o twoje prawdziwe oblicze. Oczywiście nie staram się być umyślnie skandalistką, nie prowokuję na siłę. Nie oceniam złośliwie ludzi, którzy na to nie zasługują.


Układ taneczny do piosenki tytułowej "Prem Ratan Dhan Payo" podbił serca internautów. W sieci można spotkać mnóstwo dubsmashy zrealizowanych przez fanów i inne gwiazdy. W filmach Sooraja Barjatyi pojawia się obowiązkowo mnóstwo piosenek, w tym jedna szczególna dla głównej aktorki. W kultowym dziś filmie "Hum Aapke Hain Koun" (1994) cały naród do tańca porywała swoim wdziękiem i krokami wielka diva Madhuri Dixit w piosence "Didi Tera Dewar Deewana"


Istnieją jednak kwestie, w których – choćby na Twitterze – wypowiada się pani bardzo ostro. Dotyczą one zwykle sytuacji kobiet i ich bezpieczeństwa.

Bycie kobietą w takim kraju jak Indie jest trudne. Jeśli możesz powiedzieć co czujesz i wiesz, że ktoś cię wysłucha, warto skorzystać z tej możliwości. Widzę jak młode dziewczyny inspirują się tym co robię, mówię, czy zakładam na siebie. Dlatego chce być wzorem kobiety, która nie boi się mówić w sposób otwarty o rzeczach ważnych dla swojego kraju. Jeśli nie podoba mi się sposób traktowania mojej płci przez polityków, czuję się wręcz do zobowiązana, aby wyznać to publicznie.

Sonam Kapoor jako uciekająca panna młoda w "Dolly Ki Doly" (2015).
T
o jedna z jej odważniejszych ról, w której aktorka starała się złamać swój
wizerunek "dobrej dziewczyny"

Wybierane przez panią filmy i role – od komedii romantycznych po społeczne dramaty – tworzą spójny wizerunek silnej, wykształconej kobiety, która stara się być zarówno nowoczesna, ale też żyje w zgodzie z rodzinnymi wartościami. W swoich filmach jest pani zawsze lepsza od mężczyzn, którzy pani partnerują! 

Zawsze wybieram kobiety, które nie wstydzą się być sobą, popełniają błędy, ale w tym wszystkim pozostają silne. W jednym z filmów ["Raanjhanaa"] byłam nawet liderem politycznym – od moich wyborów uzależnione było życie innych osób. Cieszę się z tego, że mogłam być konsekwentna. Nie ma nic złego w pragnieniu, by być lepszym od mężczyzn, zarabiać od nich więcej pieniędzy. Nie powinno się zmieniać dla nikogo, ani dla facetów, ani pod dyktando społeczeństwa. Jeśli komuś nie odpowiada to jaka jesteś, to nie jest twój problem. Trzeba zerwać z plagą odgórnych schematów i społecznie pożądanych zachowań. Dlatego staram się wybierać role, które mogą być inspirującym przykładem dla młodych dziewczyn. Silna kobieta, która posiada własną opinię będzie przez ludzi szanowana.

W 2014 roku w filmie „Najpiękniejsza” ["Khoobsurat"] została pani pierwszą hinduską księżniczką Disneya. Jakie to było uczucie?

To niezwykłe doświadczenie, kiedy w wieku 28 lat spełnia się fantazja z dzieciństwa, o której dawno się zapomniało. Każdy miał swoją ulubioną księżniczkę, moją był właśnie Kopciuszek. Moja kreacja była niezwykle nowoczesna i eklektyczna – bohaterka zachowaniem i strojem zupełnie nie pasowała do wyższych sfer. Przesłanie „Najpiękniejszej” było uniwersalne – nie ma nic fajniejszego niż bycie sobą. Warto czekać na księcia z bajki, który będzie kochać cię nawet jeśli jesteś rozgadaną ciamajdą.

Sonam w jednej z najbardziej znanych piosenek z filmu "Khoobsurat"
Główna bohaterka Mili porywa do tańca w samej piżamie całą służbę wielkiego pałacu, w którym została zatrudniona jako fizjoterapeutka. 
Obok Sonam pojawił się po raz pierwszy w Bollywood, 
pakistański aktor Fawad Khan
obecnie jedno z najgorętszych nazwisk w hinduskiej branży.


Sonam Kapoor i Fawad Khan 
w zabawnej piosence promującej film "Khoobsurat"

Od wielu lat jest pani reprezentantką międzynarodowej marki kosmetycznej L Oreal Paris. Reprezentacja indyjska składa się też z Aishwaryi Rai i Fridy Pinto. To chyba jeden z pani najbardziej lukratywnych kontaktów.

Mogę być dumna z tego, że jestem twarzą marki, która jest tak ponadczasowa, tak sprawdzona i przez wszystkich stosowana. Nie mogłabym reklamować czegoś, czego sama nie używam. Cieszę się, że mam szansę reklamować produkty, które kojarzą się z jakością. Kosmetyki tej marki od lat upiększają kobiety na całym świecie, dostosowują barwy i odcienie do koloru oczu, włosów, karnacji. To rzeczywiście duże wyróżnienie być ich ambasadorką.

Jako ambasadorka L Oreala regularnie pojawia się pani na prestiżowym Festiwalu Filmowym w Cannes. Czy widzi pani jakieś podobieństwa pomiędzy blichtrem Cannes a przepychem Bollywood?

Cannes fascynuje mnie staroświeckim czarem, który przywołuje na myśl klasyczne kino. Pod tym względem rzeczywiście ma wiele wspólnego z Bollywood i pewnie dlatego czuję się tam jak u siebie w domu.

Sonam Kapoor na Festiwalu w Cannes
Aktorka znana jest ze swojego oryginalnego stylu i oceniana jest 
jako jedna z najlepiej ubranych kobiet świata przez magazyn Vogue


Ma pani wielu przyjaciół projektantów w Europie – pani styl docenili Giorgio Armani czy Alberto Cavalli, który mianował panią publicznie najpiękniejszą kobietą Indii.

Wydaje mi się, że ten pozytywny stosunek bierze się stąd, że traktuję projektantów jak artystów. Uważam, że ludzie, którzy tak piękne kreacje w pełni zasługują na to miano. Moda to przecież artystyczny proces, który portretuje przemiany społeczne i historyczne. Po ubiorze można określić jak zmieniały się czasy, potrzeby społeczne, pozycja kobiet w społeczeństwie. Po sposobie ubierania można ocenić to jak ludzie myślą, co czują. Uważam modę za bardzo ważny aspekt kulturowy, który należy szanować i traktować nie tylko powierzchownie.

Sonam w towarzystwie Alberta Cavalli
miłośnika jej urody i stylu

Jest pani uważana za najlepiej ubraną i wystylizowaną aktorkę w Indiach. Z pochwałami spotykają się wszystkie pani kreacje – zarówno te tradycyjne, jak i pochodzące od zachodnich projektantów. Jaki jest sekret pani stylu?

Poprzez modę staram się oddać charakter mojej osobowości. A one jest niewątpliwie rozstawiona pomiędzy tradycją hinduską, a kulturą europejską. Wiele inspiracji czerpię od członków najbliższej rodziny – moja siostra Rhea jest stylistką, a mama projektantką i kolekcjonerką ekskluzywnej biżuterii. Obie dobrze mnie znają i wiedzą, że uwielbiam eksperymenty oraz kontrolowaną, operową przesadę.

Aktorka bardzo często umieszcza na Instagramie i Twitterze zdjęcia swoich stylizacji. Bardzo eksperymentuje z modą będąc zarówno nowoczesna jak i tradycyjna. Filmem, który znacząco wpłynął na jej odbiór jako "fashionisty" była, inspirowana "Emmą" Jane Austin, "Aisha" (2010):


Nie tylko prężnie działa pani w branży filmowej i modowej, ale też wykorzystuje pani swoją popularność, aby pomagać innym. Dla fundacji Smile Fundation postanowiła pani wyprzedać swoją garderobę, aby z tych środków wspomóc kupno podręczników czy też budowę nowych szkół.

Nie lubię się chwalić tym co robię, szczególnie jeśli jest to działalność charytatywna. Pomagam, bo zdaje sobie sprawę, jak ważne jest uzyskanie świadomości społecznej na pewne tematy. Tak stało się choćby w przypadku akcji, która miała nakłonić Hinduski do zbadania swoich piersi. Rak piersi wykryty odpowiednio wcześniej nie musi oznaczać wyroku na czyjeś życie. Tymczasem w pewnym momencie w Indiach nowotwory stały się epidemią. W  każdym domu ktoś choruje na raka. Ludzie w ogóle się nie badają, nie mają świadomości, że można im pomóc w wykryciu choroby, która w wielu przypadkach może być przecież uleczalna. Szerzenie wiedzy w ogóle wydaje mi się szalenie istotne, bo właśnie z jej braku rodzą się patologie takie jak homofobia i rasizm.  Dlatego właśnie staram się pomagać dzieciom z najbiedniejszych części Indii w uzyskiwaniu dostępu do edukacji. Wraz z zaprzyjaźnioną Smile Fundation chciałabym po prostu zatroszczyć się o przyszłość naszego kraju.

Robi pani karierę w kinie, ale na każdym kroku podkreśla, że pani największą pasję stanowi literatura. 

Uwielbiam czytać, nie wyobrażam sobie życia bez książek. Ciekawią różnorodni aktorzy z całego świata – klasyczni i nowi. Staram się promować również młodych hinduskich pisarzy w kraju. W ogóle lubię raz na jakiś czas zamykać się w pokoju, schować przed całym światem, jeść śmieciowe jedzenie i czytać albo oglądać amerykańskie seriale. To mój sposób na odpoczynek po ciężkim dniu pracy.



Pracuje pani obecnie nad największym projektem w karierze "Prem Ratan Dhan Payo" – superwidowiskiem z Salmanem Khanem, znanego w Polsce z filmu „Kick”. Czy myśli pani, że ta rola popchnie pani karierę na nowy pułap?


Nie wiem, nie zastanawiam się nad tym. Po prostu daje z siebie wszystko. Jednocześnie chcę, aby każdy kolejny film był dla mnie wyzwaniem i zwiększał moje możliwości jako aktorki. Wiem, że box office jest ważny, ale nie chce grać myśląc o pieniądzach, blokuje mnie to. To nie gaża powinna być motywacją, lecz wiara w sukces filmu, który będzie mógł wzbudzać naszą dumę nawet po wielu latach. Salman Khan jest gwiazdorem pierwszego formatu, a do tego ciepłym i dobrym człowiekiem. Mam nadzieję, że stworzymy na ekranie niezapomnianą, wzruszającą parę.


Aktorski duet "Prem Ratan Dhan Payo" 
w różnych piosenkach z filmu. 
Salman Khan po raz 4 w karierze odgrywa ikoniczną rolę dobrodusznego Prema
w filmie Sooraja Barjatyi. Natomiast Sonam wciela się w postać księżniczki o imieniu Maithili