Skoro
metoda Pippa Delbono rozprasza i anuluje tradycyjnie pojęty sens,
odrzuca linearność na rzecz „katalogu asocjacyjnych przeżyć”,
których zasadności nie tłumaczy się intelektem, a pojmuje sercem,
czy nie warto podjąć się trudu scharakteryzowania
eksperymentalnego twórcy za pomocą jego własnej broni? Gra się
ostatecznie tak, jak przeciwnik pozwala.
…Włóczęga
Podróż jest wyznacznikiem konstytuującym w dużej mierze tożsamość włoskiego artysty. Wędrówka, którą Delbono rozpoczął na początku lat 80. zamieniła się w artystyczną tułaczkę, która w założeniu nie ma mieć końca. Włoch zwiedził właściwie cały świat. Co ciekawe, pierwsze kroki jako młody aktor stawiał w Danii, a swoją drugą ojczyznę odnalazł we Francji i do pewnego stopnia w Indiach. Swoje podróże niejednokrotnie zresztą rejestrował – od kamery vhs aż po telefon komórkowy. Z homo viatora reżyser przekształcił się niemalże w Syzyfa, dla którego autotelicznym celem istnienie jest sama droga, a nie słynny szczyt góry. Widać to szczególnie podczas spektakli – chwila gdy zapada kurtyna, a za nią gromkie brawa widowni, to ten moment kiedy w oczach członków zespołu Delbono pojawia się paradoksalnie cień smutku – osławiony kamień właśnie sturlał się ze stromej góry. Nasz Syzyf jednak się uśmiecha – z radością po niego schodzi. Reżyser ma w zwyczaju bezpośrednie angażowanie widowni monologami o własnym życiu, orientacji seksualnej, chorobie czy nieżyjącej już mamie. Twórca obnaża się całkowicie, wykonuje społeczne egzorcyzmy, przepracowuje traumy. Jest niewątpliwie w swoim żywiole – błądzi radośnie na drodze poszukiwań prawdy i sensu, stawia dużo pytań, choć nie żąda w zamian gotowych odpowiedzi. Nie bez przyczyny pierwszy międzynarodowy sukces Delbona przychodzi z autorskim (o dziwo dość wyważonym i minimalistycznym) spektaklem „Włóczędzy” (I barboni, 1997). Gdyby nie podróże Delbono nie poznałby zresztą Bobò.
… Kino
Teatr jest rytuałem podczas którego nawiązuje się szczególna więź między aktorami a publicznością, tworzy się w przestrzeni czasu rzeczywistego inny świat, a następnie dokonuje się jego egzekucji. Kino natomiast, ze względu na mistyczne narzędzie jakim jest kamera, daje wgląd w duszę, wgryza się głębiej. Jest procesem indywidualnym – z mojej perspektywy. Czujesz to szczególnie przy pierwszym zetknięciu z tym medium – pierwsze ujęcie wspominasz niemalże jak pierwsze zdjęcie, jakby zabrano ci, a zarazem zapisano na stałe fragment twojej duszy. Być może wpływa na to powtarzalność i fragmentaryczność samego procesu – po kilka razy robisz i mówisz to samo przed kamerą. Proces rejestracji ma w sobie sporą dawkę przytomności. Dlatego też nie przekonuje mnie fikcja – ani w kinie ani w teatrze. Nie bawi mnie. Przez trzydzieści lat zdążyłem się przyzwyczaić do kamery, do patrzenia na świat przez jej obiektyw – zrealizowałem może mało filmów i prawie wszystkie to dokumenty, ale muszę przyznać, że dobrze się czuje za kamerą.
…Taniec
Pod koniec lat 80. dochodzi do ważnego spotkania, który będzie miał znaczący wkład w artystycznej i duchowej formacji Pippa Delbono. Włoch dołącza gościnnie do zespołu artystycznego Piny Bausch (Wuppertaler Tanztheater) z którym realizuje jedno przedstawienie. Od legendarnej niemieckiej choreografki artysta pojmuje jaką siłą może być ruch na scenie. Taniec staje się również jednym ze stałych elementów kreacji i ekspresji w repertuarze Delbono, po raz pierwszy pojawił się w tak znaczącej funkcji w „Murze” (Il muro, 1992), przedstawieniu inspirowanym pismami Sartre’a. Niezwykle nowatorski i wielokrotnie nagradzany spektakl „Po bitwie” (Dopo la battaglia, 2006) dedykowany jest właśnie Pinie Bausch, która z tańca uczyniła osobny język, który wymyka się wszelkim ograniczeniom i w którym wszelka „niedoskonałość” może jawić się nie tylko jako siła, ale również piękno.
… Znaki
Rzadko kiedy gram u kogoś innego. Kiedy już się na coś zdecyduję, nie potrafię pojąć sensu pytań odnoszących się do psychologii odgrywanej przeze mnie postaci, motywacji mojego bohatera. Nie mam pojęcia kto to jest, co lubi ani co jadł na śniadanie. Nie interesuje mnie to nawet. Ja wierzę w znaki – w zestawienia spojrzeń i gestów, a nie w jakąś abstrakcję przefiltrowaną przez czyjś umysł. To ja ze znaków skradzionych z życiowych doświadczeń i spotkań kreuję tę postać, która jest poniekąd mną, a do pewnego stopnia moim sąsiadem, przyjacielem czy Marokańczykiem, którego widziałem na targu.
…Ecce Bobò
W połowie lat 90. Delbono odkrył w zakładzie dla obłąkanych w miejscowości Aversa na południu Włoch małego człowieka o prostym imieniu – Bobò (a właściwie to Vincenzo Cannavacciuolo, ur. 1936). Po 46 latach całkowitego zamknięcia reżyser daje mężczyźnie w prezencie wolność. Problem w tym, że Bobò jest głuchoniemy i poczucie uwięzienia nosi w sobie zawsze i wszędzie. Krzykliwy erudyta odnajduje w tej melancholijnej, starczej twarzy samego siebie, swoje alter ego czy też „porte parole… sans parole”. Czy to nie jest tak, że „ostatnie słowo” w świecie Delbona należy właśnie do małego Bobò, chociaż nie wypowiada on ani sylaby (filmy, w których ważną rolę odgrywa Bobò –„Skowyt” [L’ urlo], „Blue Sofa”, „La visite”)?Reżyser do dziś podkreśla – „Bobòuratował mi życie, uratowaliśmy siebie nawzajem, przy nim odnalazłem równowagę”. Uwięziony przez własną chorobę i demony przeszłości Delbono odczuwa w jego niemym krzyku dziwny rodzaj ukojenia. Casus Bobò skłonił mnie do następującej refleksji. Jeśli – cytując Wittgensteina – „granice mojego języka, są granicami mojego świata”, to jak wyobrazić sobie świat kogoś kto nie doznał zaszczytu i okrucieństwa ludzkiej mowy? W jakim kształcie ten świat funkcjonuje? Ale Bobò nie jest przecież banitą. Komunikuje się z otoczeniem za pomocą spojrzenia, gestów, ruchu zgarbionego ciała ni to dziecka ni dorosłego, uśmiechu, ciszy – tworzy sztukę, jest częścią sztuki, odbiera sztukę jak życie i odwrotnie. Jego obecność na scenie przekształca się w małą epifanię radości i smutku zarazem – jego spojrzenie przeszywa i rozczula.
… Teatr, czyli rodzina
W latach 90. krystalizuje się skład kompanii teatralnej Pippo Delbono, której członkowie/członkinie stanowią trzon rozbudowanych przedstawień teatralnych. Liguryjski wizjoner wiąże życie prywatne z artystycznym na nierozwiązalny supeł – materiałem jego spektakli i filmów stają się wspomnienia, prawdziwe wydarzenia, tematy rodzinne, improwizacje aktorów/aktorek. Twórca – dosłownie i w przenośni – obnaża się przed swoimi widzami, łamie konwenanse i wszelkie tabu. Jego zespół jest niezwykle różnorodny. Sam Delbono odżegnuje się jednak od etykiety „teatru społecznego”. Fizyczna bądź psychiczna odmienność jego współpracowników staje się metaforą jego artystycznych działań i filozofii – „mój zespół pozwala mi zbliżyć się do prawdy. Mam na myśli jednak głębszą istotę prawdy, niezwiązaną koniecznie z werystyczną reprezentacją sztuki. Chodzi o prawdę, jakbyś za każdym razem po raz pierwszy był na deskach teatru, o to że możesz im patrzeć w oczy i czerpać z tego siłę. Po tylu latach ci aktorzy stali się prawdziwymi profesjonalistami, niezwykle precyzyjnymi, technicznymi, jeśli improwizują to się w tym nie gubią. Ale w oczach wciąż czujesz „ten pierwszy”, a zarazem „ostatni raz”.
… Choroba
W 1993 roku reżyser dowiedział się o zakażeniu wirusem HIV. Nie wiedząc za bardzo jak zmierzyć się z tą nowiną, zdecydował się wyjechać na jakiś czas do Indii. Odnalazł tam siłę do walki. Po latach stwierdził, że chorobie, tak jak i śmierci, trzeba patrzeć prosto w twarz. Aids to choroba związana z mięsem, ciałem, i to ciałem moralnie źle wykorzystanym; to są igły, które wbijają się w ciało i seksualność. Aids rodzi się z ciała i to jest grzech.W 2006 roku Delbono zrealizował spektakl inspirowany autobiograficzną powieścią zmarłego na AIDS Harolda Brodkeya, „This Wild Darkness” (Questo buio feroce, 2006). Centralnym elementem przedstawienia jest tonąca w bieli scena (kolor symbolizujący w kulturach azjatyckich śmierć) – surrealistyczna wiwisekcja własnej przypadłości i związanej z nią traumy staje się początkiem emancypacji. Delbono oswaja się tanecznym krokiem ze śmiercią, pyta wprost jak to będzie „po drugiej stronie”, a brak odpowiedzi nie traktuje w kategoriach przeszkody– szkoda czasu na strach, płacz, wyrzuty sumienia. Autorska, dość surrealistyczna wiwisekcja własnej choroby i związanej z nią traumy może okazać się objawieniem dla niejednego widza.
… Telefon komórkowy
Chodzę sobie z tym telefonem, przypominam Morettiego z czasów Dziennika intymnego (Caro diario,1993), większość ludzi nie zdaje sobie sprawę, że ich nagrywam, prowokuje. Ten telefon uosabia spojrzenie ciekawskiego dziecka, który filtruje świat, przybliża go i oddala, analizuje, podgląda, widzi to co nie powinien. Łatwiej znieść dystans czy dyskomfort związany z rejestracją ze względu na rozmiary i taką pozorną nieinwazyjność telefonu komórkowego.Delbono piętnuje za sprawą swojej dokumentalnej obserwacji różnorodne przejawy rasizmu, ksenofobii, nienawiści (eseje filmowe „Lęk” [La Paura, 2009] oraz „Miłość z krwi i kości” [Amore Carne, 2011]) . Reżyser powie wprost – „Wybaczcie mi za ten gówniany kraj faszystów, jakim wciąż są Włochy”. Dla Delbono „prywatne” wciąż jest i powinno zawsze być „polityczne”. I każdy, nawet za pomocą telefonu, może wywołać pęknięcia w systemie, prowadzące – w jego przekonaniu – do rewolucji, która przywróci znaczenie sztuce.
… Uśmiech (mojej) matki
Moja mama Margherita była bogobojną katoliczką, gorliwie wierzącą. Przez długi czas nie mogła zaakceptować obraną przeze mnie drogę życiową. Kłóciliśmy się, ale ostatecznie zdążyliśmy się zaprzyjaźnić. Moja mama była mi niezwykle bliska, stała się też ważnym elementem mojej sztuki [Pani Delbono wielokrotnie pojawiała się w filmach syna, była również cytowana w jego teatralnych spowiedziach-monologach], która dla mnie jest życiem. Pamiętam, że w jej obecności zakazane były trzy „magiczne słowa”, które definiują mnie jako człowieka – homoseksualista, seropozytywny, buddysta. Co ciekawe najgorszym z nich było właściwie ostatnie – przecież Bóg Ci wszystko wybaczy, ale jak już nie ma wiary w tego jedynego Boga, to już koniec. W 2013 roku Delbono realizował najbardziej skandalizujący ze swoich dokumentów, czyli nagrodzoną na festiwalu w Locarno „Krew” (Sangue). To właśnie w tym filmie opowiedział o śmierci swojej mamy, dość osobliwej przyjaźni z byłym terrorystą Giovanni Senzanim, potrzebie wolności i odkupienia swoich win. „Krew” wzbudziła w Italii liczne debaty dotyczące interpretacji jednego z najtragiczniejszych okresów w dziejach włoskiej historii. Delbono mierzy się z „potworem”, czyli byłym terrorystą i członkiem osławionych Czerwonych Brygad. Jednakże artysta świadomie odżegnuje się od etykiety dokumentu „społecznie zaangażowanego” na temat okrucieństwa i ofiar tzw. dekady ołowiu (anni di piombo), nie próbuje zbawić ani spacyfikować swojego bohatera. Słucha i obserwuje. Opowieść reżysera (w formie „rozmowy między buddyjskim artystą a byłym członkiem Czerwonych Brygad,który odzyskał wolność”) rysuje się tak naprawdę ponad kontekstem politycznym i skupia się na historii człowieka, który zdolny był zabić drugiego człowieka. Na osobniku, który cierpi bo sam stracił osobę niezwykle bliską, jeśli nie najbliższą (oddaną i kochającą żonę terrorysty – Annę Fenzi). Delbono rozlicza się równocześnie ze swojego „prywatnego bólu”, niechcianym spotkaniem ze śmiercią. Jak podkreśla w rozmowach reżyser - Bardzo mi jej brakuje. Kiedy umarła miałem wrażenie jakby ktoś by mi wyrwał kawałek żołądka. Ale teraz mam wrażenie, że wciąż jest ze mną – w mojej głowie, skórze, całym ciele.Dotkliwe odejście matki stało się również impulsem do realizacji spektaklu teatralnego „Orchidee” (2014). Jest to bodaj najbardziej hybrydyczny spektakl w długoletnim repertuarze liguryjskiego reżysera – performance, pantomima, projekcje zarówno wstawek fabularnych jak i dokumentalnych, fragmenty klasycznych oper i sztuk z Szekspirem na czele, dialekty i śpiewy regionalne, pojawiają się również odważne próby skrócenia dystansu z widownią. Zdesperowany, buntowniczy żywioł ogarnia scenę i stara się znacząco poszerzyć jej granice (reżyser powie wprost, że marzy mu się teatr, w którym widownia wstanie z krzeseł i zacznie tańczyć). W charakterystycznych monologach powraca z uśmiechem matczyna troska. Pani Delbono zwykła mawiać przed śmiercią o swoim marnotrawnym synu, że „może i dobry z niego aktor, ale w życiu to on do niczego się nie nadaje”.
… Życie i śmierć
Jestem buddystą od ponad trzydziestu lat. Ale są chwile, w których zapominam o istocie duchowości. Wydaje mi się, że współczesna polityka i sztuka straciły kontakt z duchowością. Co przez to rozumiem? To, że zdajesz sobie sprawę, że jest coś od Ciebie znacznie większego. Ta myśl nie musi cię wcale osłabiać – wręcz przeciwnie, wprowadza ona harmonię. Mamy tendencję, aby patrzeć śmiało na życie własne i cudze, ale boimy się spojrzeć nawet w stronę śmierci. A przecież jest ona nieuchronnym elementem procesu zwanego życiem czy trwaniem. Nie, my ludzie żądamy nieustannie wieczności – „będę kochać cię na zawsze”, „stwórzmy dom na całe życie”... Trzymamy się tak kurczowo rzeczy materialnych, a to nie one będą trwać wiecznie. Chomikujemy, chomikujemy, chcemy jak najwięcej przy sobie zatrzymać. Mnie pomaga patrzenie na Morze – w Ligurii mamy akurat wody pod dostatkiem. Bezkres morza uświadamia Ci jak bardzo jesteś mały i nieznaczący. Ten bezkres uświadamia Ci, że nie ma rzeczy raz na zawsze danych. To tylko złudzenie.





















