poniedziałek, 25 lipca 2016

Pippo Delbono: Topografia artysty



Skoro metoda Pippa Delbono rozprasza i anuluje tradycyjnie pojęty sens, odrzuca linearność na rzecz „katalogu asocjacyjnych przeżyć”, których zasadności nie tłumaczy się intelektem, a pojmuje sercem, czy nie warto podjąć się trudu scharakteryzowania eksperymentalnego twórcy za pomocą jego własnej broni? Gra się ostatecznie tak, jak przeciwnik pozwala.







Włóczęga



Podróż jest wyznacznikiem konstytuującym w dużej mierze tożsamość włoskiego artysty. Wędrówka, którą Delbono rozpoczął na początku lat 80. zamieniła się w artystyczną tułaczkę, która w założeniu nie ma mieć końca. Włoch zwiedził właściwie cały świat. Co ciekawe, pierwsze kroki jako młody aktor stawiał w Danii, a swoją drugą ojczyznę odnalazł we Francji i do pewnego stopnia w Indiach. Swoje podróże niejednokrotnie zresztą rejestrował – od kamery vhs aż po telefon komórkowy. Z homo viatora reżyser przekształcił się niemalże w Syzyfa, dla którego autotelicznym celem istnienie jest sama droga, a nie słynny szczyt góry. Widać to szczególnie podczas spektakli – chwila gdy zapada kurtyna, a za nią gromkie brawa widowni, to ten moment kiedy w oczach członków zespołu Delbono pojawia się paradoksalnie cień smutku – osławiony kamień właśnie sturlał się ze stromej góry. Nasz Syzyf jednak się uśmiecha – z radością po niego schodzi. Reżyser ma w zwyczaju bezpośrednie angażowanie widowni monologami o własnym życiu, orientacji seksualnej, chorobie czy nieżyjącej już mamie. Twórca obnaża się całkowicie, wykonuje społeczne egzorcyzmy, przepracowuje traumy. Jest niewątpliwie w swoim żywiole – błądzi radośnie na drodze poszukiwań prawdy i sensu, stawia dużo pytań, choć nie żąda w zamian gotowych odpowiedzi. Nie bez przyczyny pierwszy międzynarodowy sukces Delbona przychodzi z autorskim (o dziwo dość wyważonym i minimalistycznym) spektaklem „Włóczędzy” (I barboni, 1997). Gdyby nie podróże Delbono nie poznałby zresztą Bobò.





Kino



Teatr jest rytuałem podczas którego nawiązuje się szczególna więź między aktorami a publicznością, tworzy się w przestrzeni czasu rzeczywistego inny świat, a następnie dokonuje się jego egzekucji. Kino natomiast, ze względu na mistyczne narzędzie jakim jest kamera, daje wgląd w duszę, wgryza się głębiej. Jest procesem indywidualnym – z mojej perspektywy. Czujesz to szczególnie przy pierwszym zetknięciu z tym medium – pierwsze ujęcie wspominasz niemalże jak pierwsze zdjęcie, jakby zabrano ci, a zarazem zapisano na stałe fragment twojej duszy. Być może wpływa na to powtarzalność i fragmentaryczność samego procesu – po kilka razy robisz i mówisz to samo przed kamerą. Proces rejestracji ma w sobie sporą dawkę przytomności. Dlatego też nie przekonuje mnie fikcja – ani w kinie ani w teatrze. Nie bawi mnie. Przez trzydzieści lat zdążyłem się przyzwyczaić do kamery, do patrzenia na świat przez jej obiektyw – zrealizowałem może mało filmów i prawie wszystkie to dokumenty, ale muszę przyznać, że dobrze się czuje za kamerą.



Taniec



Pod koniec lat 80. dochodzi do ważnego spotkania, który będzie miał znaczący wkład w artystycznej i duchowej formacji Pippa Delbono. Włoch dołącza gościnnie do zespołu artystycznego Piny Bausch (Wuppertaler Tanztheater) z którym realizuje jedno przedstawienie. Od legendarnej niemieckiej choreografki artysta pojmuje jaką siłą może być ruch na scenie. Taniec staje się również jednym ze stałych elementów kreacji i ekspresji w repertuarze Delbono, po raz pierwszy pojawił się w tak znaczącej funkcji w „Murze” (Il muro, 1992), przedstawieniu inspirowanym pismami Sartre’a. Niezwykle nowatorski i wielokrotnie nagradzany spektakl „Po bitwie” (Dopo la battaglia, 2006) dedykowany jest właśnie Pinie Bausch, która z tańca uczyniła osobny język, który wymyka się wszelkim ograniczeniom i w którym wszelka „niedoskonałość” może jawić się nie tylko jako siła, ale również piękno.








Znaki



Rzadko kiedy gram u kogoś innego. Kiedy już się na coś zdecyduję, nie potrafię pojąć sensu pytań odnoszących się do psychologii odgrywanej przeze mnie postaci, motywacji mojego bohatera. Nie mam pojęcia kto to jest, co lubi ani co jadł na śniadanie. Nie interesuje mnie to nawet. Ja wierzę w znaki – w zestawienia spojrzeń i gestów, a nie w jakąś abstrakcję przefiltrowaną przez czyjś umysł. To ja ze znaków skradzionych z życiowych doświadczeń i spotkań kreuję tę postać, która jest poniekąd mną, a do pewnego stopnia moim sąsiadem, przyjacielem czy Marokańczykiem, którego widziałem na targu.



Ecce Bobò



W połowie lat 90. Delbono odkrył w zakładzie dla obłąkanych w miejscowości Aversa na południu Włoch małego człowieka o prostym imieniu – Bobò (a właściwie to Vincenzo Cannavacciuolo, ur. 1936). Po 46 latach całkowitego zamknięcia reżyser daje mężczyźnie w prezencie wolność. Problem w tym, że Bobò jest głuchoniemy i poczucie uwięzienia nosi w sobie zawsze i wszędzie. Krzykliwy erudyta odnajduje w tej melancholijnej, starczej twarzy samego siebie, swoje alter ego czy też „porte parole… sans parole”. Czy to nie jest tak, że „ostatnie słowo” w świecie Delbona należy właśnie do małego Bobò, chociaż nie wypowiada on ani sylaby (filmy, w których ważną rolę odgrywa Bobò –„Skowyt” [L’ urlo], „Blue Sofa”, „La visite”)?Reżyser do dziś podkreśla – „Bobòuratował mi życie, uratowaliśmy siebie nawzajem, przy nim odnalazłem równowagę”. Uwięziony przez własną chorobę i demony przeszłości Delbono odczuwa w jego niemym krzyku dziwny rodzaj ukojenia. Casus Bobò skłonił mnie do następującej refleksji. Jeśli – cytując Wittgensteina – „granice mojego języka, są granicami mojego świata”, to jak wyobrazić sobie świat kogoś kto nie doznał zaszczytu i okrucieństwa ludzkiej mowy? W jakim kształcie ten świat funkcjonuje? Ale Bobò nie jest przecież banitą. Komunikuje się z otoczeniem za pomocą spojrzenia, gestów, ruchu zgarbionego ciała ni to dziecka ni dorosłego, uśmiechu, ciszy – tworzy sztukę, jest częścią sztuki, odbiera sztukę jak życie i odwrotnie. Jego obecność na scenie przekształca się w małą epifanię radości i smutku zarazem – jego spojrzenie przeszywa i rozczula.





Teatr, czyli rodzina



W latach 90. krystalizuje się skład kompanii teatralnej Pippo Delbono, której członkowie/członkinie stanowią trzon rozbudowanych przedstawień teatralnych. Liguryjski wizjoner wiąże życie prywatne z artystycznym na nierozwiązalny supeł – materiałem jego spektakli i filmów stają się wspomnienia, prawdziwe wydarzenia, tematy rodzinne, improwizacje aktorów/aktorek. Twórca – dosłownie i w przenośni – obnaża się przed swoimi widzami, łamie konwenanse i wszelkie tabu. Jego zespół jest niezwykle różnorodny. Sam Delbono odżegnuje się jednak od etykiety „teatru społecznego”. Fizyczna bądź psychiczna odmienność jego współpracowników staje się metaforą jego artystycznych działań i filozofii – „mój zespół pozwala mi zbliżyć się do prawdy. Mam na myśli jednak głębszą istotę prawdy, niezwiązaną koniecznie z werystyczną reprezentacją sztuki. Chodzi o prawdę, jakbyś za każdym razem po raz pierwszy był na deskach teatru, o to że możesz im patrzeć w oczy i czerpać z tego siłę. Po tylu latach ci aktorzy stali się prawdziwymi profesjonalistami, niezwykle precyzyjnymi, technicznymi, jeśli improwizują to się w tym nie gubią. Ale w oczach wciąż czujesz „ten pierwszy”, a zarazem „ostatni raz”.



Choroba



W 1993 roku reżyser dowiedział się o zakażeniu wirusem HIV. Nie wiedząc za bardzo jak zmierzyć się z tą nowiną, zdecydował się wyjechać na jakiś czas do Indii. Odnalazł tam siłę do walki. Po latach stwierdził, że chorobie, tak jak i śmierci, trzeba patrzeć prosto w twarz. Aids to choroba związana z mięsem, ciałem, i to ciałem moralnie źle wykorzystanym; to są igły, które wbijają się w ciało i seksualność. Aids rodzi się z ciała i to jest grzech.W 2006 roku Delbono zrealizował spektakl inspirowany autobiograficzną powieścią zmarłego na AIDS Harolda Brodkeya, „This Wild Darkness” (Questo buio feroce, 2006). Centralnym elementem przedstawienia jest tonąca w bieli scena (kolor symbolizujący w kulturach azjatyckich śmierć) – surrealistyczna wiwisekcja własnej przypadłości i związanej z nią traumy staje się początkiem emancypacji. Delbono oswaja się tanecznym krokiem ze śmiercią, pyta wprost jak to będzie „po drugiej stronie”, a brak odpowiedzi nie traktuje w kategoriach przeszkody– szkoda czasu na strach, płacz, wyrzuty sumienia. Autorska, dość surrealistyczna wiwisekcja własnej choroby i związanej z nią traumy może okazać się objawieniem dla niejednego widza.





Telefon komórkowy



Chodzę sobie z tym telefonem, przypominam Morettiego z czasów Dziennika intymnego (Caro diario,1993), większość ludzi nie zdaje sobie sprawę, że ich nagrywam, prowokuje. Ten telefon uosabia spojrzenie ciekawskiego dziecka, który filtruje świat, przybliża go i oddala, analizuje, podgląda, widzi to co nie powinien. Łatwiej znieść dystans czy dyskomfort związany z rejestracją ze względu na rozmiary i taką pozorną nieinwazyjność telefonu komórkowego.Delbono piętnuje za sprawą swojej dokumentalnej obserwacji różnorodne przejawy rasizmu, ksenofobii, nienawiści (eseje filmowe „Lęk” [La Paura, 2009] oraz „Miłość z krwi i kości” [Amore Carne, 2011]) . Reżyser powie wprost – „Wybaczcie mi za ten gówniany kraj faszystów, jakim wciąż są Włochy”. Dla Delbono „prywatne” wciąż jest i powinno zawsze być „polityczne”. I każdy, nawet za pomocą telefonu, może wywołać pęknięcia w systemie, prowadzące – w jego przekonaniu – do rewolucji, która przywróci znaczenie sztuce.





Uśmiech (mojej) matki



Moja mama Margherita była bogobojną katoliczką, gorliwie wierzącą. Przez długi czas nie mogła zaakceptować obraną przeze mnie drogę życiową. Kłóciliśmy się, ale ostatecznie zdążyliśmy się zaprzyjaźnić. Moja mama była mi niezwykle bliska, stała się też ważnym elementem mojej sztuki [Pani Delbono wielokrotnie pojawiała się w filmach syna, była również cytowana w jego teatralnych spowiedziach-monologach], która dla mnie jest życiem. Pamiętam, że w jej obecności zakazane były trzy „magiczne słowa”, które definiują mnie jako człowieka – homoseksualista, seropozytywny, buddysta. Co ciekawe najgorszym z nich było właściwie ostatnie – przecież Bóg Ci wszystko wybaczy, ale jak już nie ma wiary w tego jedynego Boga, to już koniec. W 2013 roku Delbono realizował najbardziej skandalizujący ze swoich dokumentów, czyli nagrodzoną na festiwalu w Locarno „Krew” (Sangue). To właśnie w tym filmie opowiedział o śmierci swojej mamy, dość osobliwej przyjaźni z byłym terrorystą Giovanni Senzanim, potrzebie wolności i odkupienia swoich win. „Krew” wzbudziła w Italii liczne debaty dotyczące interpretacji jednego z najtragiczniejszych okresów w dziejach włoskiej historii. Delbono mierzy się z „potworem”, czyli byłym terrorystą i członkiem osławionych Czerwonych Brygad. Jednakże artysta świadomie odżegnuje się od etykiety dokumentu „społecznie zaangażowanego” na temat okrucieństwa i ofiar tzw. dekady ołowiu (anni di piombo), nie próbuje zbawić ani spacyfikować swojego bohatera. Słucha i obserwuje. Opowieść reżysera (w formie „rozmowy między buddyjskim artystą a byłym członkiem Czerwonych Brygad,który odzyskał wolność”) rysuje się tak naprawdę ponad kontekstem politycznym i skupia się na historii człowieka, który zdolny był zabić drugiego człowieka. Na osobniku, który cierpi bo sam stracił osobę niezwykle bliską, jeśli nie najbliższą (oddaną i kochającą żonę terrorysty Annę Fenzi). Delbono rozlicza się równocześnie ze swojego „prywatnego bólu”, niechcianym spotkaniem ze śmiercią. Jak podkreśla w rozmowach reżyser - Bardzo mi jej brakuje. Kiedy umarła miałem wrażenie jakby ktoś by mi wyrwał kawałek żołądka. Ale teraz mam wrażenie, że wciąż jest ze mną – w mojej głowie, skórze, całym ciele.Dotkliwe odejście matki stało się również impulsem do realizacji spektaklu teatralnego „Orchidee” (2014). Jest to bodaj najbardziej hybrydyczny spektakl w długoletnim repertuarze liguryjskiego reżysera – performance, pantomima, projekcje zarówno wstawek fabularnych jak i dokumentalnych, fragmenty klasycznych oper i sztuk z Szekspirem na czele, dialekty i śpiewy regionalne, pojawiają się również odważne próby skrócenia dystansu z widownią. Zdesperowany, buntowniczy żywioł ogarnia scenę i stara się znacząco poszerzyć jej granice (reżyser powie wprost, że marzy mu się teatr, w którym widownia wstanie z krzeseł i zacznie tańczyć). W charakterystycznych monologach powraca z uśmiechem matczyna troska. Pani Delbono zwykła mawiać przed śmiercią o swoim marnotrawnym synu, że „może i dobry z niego aktor, ale w życiu to on do niczego się nie nadaje”.




Życie i śmierć



Jestem buddystą od ponad trzydziestu lat. Ale są chwile, w których zapominam o istocie duchowości. Wydaje mi się, że współczesna polityka i sztuka straciły kontakt z duchowością. Co przez to rozumiem? To, że zdajesz sobie sprawę, że jest coś od Ciebie znacznie większego. Ta myśl nie musi cię wcale osłabiać – wręcz przeciwnie, wprowadza ona harmonię. Mamy tendencję, aby patrzeć śmiało na życie własne i cudze, ale boimy się spojrzeć nawet w stronę śmierci. A przecież jest ona nieuchronnym elementem procesu zwanego życiem czy trwaniem. Nie, my ludzie żądamy nieustannie wieczności – „będę kochać cię na zawsze”, „stwórzmy dom na całe życie”... Trzymamy się tak kurczowo rzeczy materialnych, a to nie one będą trwać wiecznie. Chomikujemy, chomikujemy, chcemy jak najwięcej przy sobie zatrzymać. Mnie pomaga patrzenie na Morze – w Ligurii mamy akurat wody pod dostatkiem. Bezkres morza uświadamia Ci jak bardzo jesteś mały i nieznaczący. Ten bezkres uświadamia Ci, że nie ma rzeczy raz na zawsze danych. To tylko złudzenie.




piątek, 22 stycznia 2016

Premiery: "Anomalisa", "Dziewczyna z portretu", "Janis"




Drodzy i Drogie!


Każdy styczniowy weekend obfituje w nowe premiery, aż trudno nadążyć!
Z mojej strony drobny wkład - teksty dotyczące trzech ciekawych i bardzo różnorodnych filmów.

1. ANOMALISA

Charlie Kaufman i Duke Johnson


"Anomalisa" jest rozbrajająco szczerym i wzruszającym studium o niezręcznym ciężarze życia. To prawdziwy diament, który nie jest świadom mocy swojego blasku. 

"Podróż Michaela, bohatera Anomalisy przekształca się w metaforę, którą twórca antropologii nie-miejsc Marc Augé opisał w następujący sposób: Witamy w świecie, którego przeznaczeniem jest samotna indywidualność i pogmatwana gra tożsamości i wiecznego odgrywania ról. "Anomalisa" sugestywnie przedstawia rzeczywistość, w której rutynowo trwoni się słowa. Wszelkie głosy - dosłownie i w przenośni - się zlewają, a możliwie najszczerszym pragnieniem staje się potrzeba samoświadomej alienacji i zabarykadowanie się w przestrzeni niewyrażonych myśli oraz żalu za niespełnionymi obietnicami.


Zwiastun animacji Kaufmana i Johnsona

Tandem Kaufman/Johnson stworzył przełomową animację dla dorosłych, której geniusz tkwi w prostocie, a siła zasadza się na niezwykłym stopniu autentyczności i wewnętrznej prawdy o niezręczności ludzkiej natury. Wielkie brawa należą się również podkładającym głosy aktorom - Jennifer Jason Leigh, Davidovi Thevlisovi, a przede wszystkim Tomowi Nonnanowi. W pewnym momencie jako widzowie zapominamy wręcz o sztuczności świata przedstawionego i odgrywających w nich główne role lalek".

Całość recenzji na stronie:
http://stopklatka.pl/artykul/anomalisa-recenzja




2. DZIEWCZYNA Z PORTRETU
Tom Hooper



Tom Hooper stał się bez wątpienia twórcą o rozpoznawalnym stylu wizualnym, stworzonym wręcz do tego, aby zająć się tematem malarskim. Styl w "Dziewczynie z portretu" jest subtelny, kadry są wysmakowane, często stylizowane na statyczne obrazy, co pozwala niemalże zanurzyć się w ich pięknej kompozycji.

"Dziewczyna z portretu" jest niedoskonała i chwilami ckliwa, ale na swój sposób też piękna i dobrodusznie szczera. Przesłanie mówiące, że każdy powinien mieć prawo i odwagę, aby konsekwentie walczyć o swoje szczęście, choć naiwne z dzisiejszej perspektywy, w wizji Hoopera jest przekonujące i wciąż uniwersalne. W dobie medialnej gorączki wokół fenomenu Caitlyn Jenner, "Dziewczyna z portretu" z pewnością odnajdzie swoją widownię, a przy okazji uzyska szereg oscarowych nominacji.

Całość recenzji na stroniehttp://stopklatka.pl/artykul/dziewczyna-z-portretu-recenzja

Zwiastun filmu Hoopera

Tom Hooper bierze na warsztat autentyczną historię Lili Elbe, jednej z pierwszych osób na świecie, która przeszła udokumentowaną operację korekty płci na początku lat 30. Mimo że,  chociażby za sprawą fenomenu medialnego Caitlyn Jenner, temat transseksualności stał się dzisiaj niezwykle aktualny i wszedł do debaty publicznej, Elbe jest postacią zapomnianą. Nie ma więc lepszego momentu dziejowego, aby uczynić z niej ikonę ruchu LGBTQ albo też bardziej uniwersalny symbol dla każdego, kto walczy o własne szczęście.

Reżyser „Nędzników” stał się bez wątpienia twórcą o rozpoznawalnym stylu wizualnym, predestynowanym wręcz do tego, aby zająć się malarskim tłem historii małżeństwa Wegenerów. Również kontrowersyjne zagadnienie zmiany płci wpisuje się z powodzeniem w artystyczne poszukiwania Hoopera – w kręgu jego zainteresowań znajdują się przecież bohaterowie, którzy muszą zmierzyć się z wewnętrznymi ograniczeniami, aby skonsolidować ostatecznie swoją tożsamość i stać się „królami własnego życia”.

„Dziewczyna z portretu” jest w tym względzie szczególna, bo stanowi przykład wzajemnej emancypacji. Hooper nie tylko opowiada o „narodzinach Lili”, ale ukazuje także moment, w którym z cienia wychodzi Gerda – kobieta spełnia swoje marzenia i staje się znaczącą postacią epoki. Z Einarem dzieje się wręcz przeciwnie – mężczyzna maluje pozbawione ciepła i słońca pejzaże, odzwierciedlające jego wewnętrzną pustkę. Jego ciało przypomina klatkę, z której pragnie się usilnie wydostać. Jako Lili chce tylko pozować, przedstawiać publicznie swoje „prawdziwe ja”.


O filmie Hoopera pisałam również dla miesięcznika KINO, całość recenzji na stronie:
http://kino.org.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=2394&Itemid=1

3. JANIS / dokument
Amy Berg



Reżyserka przedstawia nam życie Janis „od kołyski aż po grób”, a swoją opowieść uzupełnia przede wszystkimi wypowiedziami bliskich piosenkarki (rodziny, przyjaciół, muzyków), a także archiwalnymi materiałami (zdjęcia, nagrania z koncertów czy wywiadów, fragmenty listów). Berg kreśli portret prostej dziewczyny, która doświadczyła w życiu całego spektrum różnorodnych emocji i postanowiła – na złość całemu światu – udowodnić swoją wartość i talent.

Fragment dokumentu Amy Berg

Po jej śmierci, pisano o Joplin: Niewolnica skazanych ostatecznie na zagładę poszukiwań szczęścia w seksie, narkotykach, pieniądzach i sławie. Ale Amy Berg uczłowiecza muzyczny pomnik i przedstawia w prosty sposób historię niezwykłej kobiety na życiowym rozdrożu, w której zagubieniu – paradoksalnie – każdy może się odnaleźć. Reżyserka skupia się również – z prostotą i poczuciem humoru - na przebiegu kariery muzycznej Janis, przy czym nie idealizuje jej drogi na sam szczyt. Sukcesy muzyczne nie przyszły w jedną noc i zostały w dużym stopniu okupione emocjonalnym kosztem. [...] Bardziej od sztywnej chronologii i popularności mierzonej wysokimi pozycjami na listach przebojów, Berg interesują sceniczne doświadczenia piosenkarki. Bo jedno jest pewne – Joplin kochała występy i publiczność, którą uwodziła niemalże tak skutecznie jak Elvis Presley. Nie bez kozery interesował się nią menadżer muzyczny samego Boba Dylana, Albert Grossman. [...] W swoim filmie Berg próbuje zrekonstruować wyżyny i upadki kariery Joplin, a jej najbliżsi starają się ocenić jej – nie zawsze trafione – wybory. Wybory, które doprowadziły ją do pewnej samotnej – i jak okazało się niezwykle smutnej – nocy w hollywoodzkim hotelu. Życie Joplin kończy się w wieku 27 lat, a sama piosenkarka współtworzy, Jimmem Morisonem, Kurtem Cobainem osławiony „Club 27”. Klub, do którego dołączyła niedawno Amy Winehouse, określana niejednokrotnie mianem muzycznej spadkobierczyni Joplin.



O życiu Janis Joplin, jej karierze i dokumencie Amy Berg na stronie:
http://www.entertheroom.pl/life/5877-janis-joplin-serce-dla-kazdego




czwartek, 21 stycznia 2016

"Strach to jeden z najgorszych przeciwników"

Wywiad z Rani Mukherjee, gwiazdą Bollywood



Wywiad z Rani Mukherjee został przeprowadzony z okazji premiery jej filmu Mardaani/Nieustraszona w Warszawie. Dla fanów kina bollywoodzkiego to niekwestionowana gwiazda, która pracowała z największymi - Amitabhem, Bachchanem, Salmanem Khanem, Abishekiem BachchanemAmirem Khanem i oczywiście - Shahrukh Khanem

Diana Dąbrowska: Shivani Shivaji Roy z „Nieustraszonej” znacznie różni się od bohaterek wykreowanych przez panią w takich filmach jak „Czasem słońce, czasem deszcz” czy „Bunty i Bubli”. Co było konieczne, oprócz treningu fizycznego, aby przygotować się do roli inspektor policji?

Rani Mukerji: Pomimo tego, że pracuję w tej branży od prawie osiemnastu lat, zawsze czuję podniecenie, gdy widzę przed sobą dobry scenariusz.  Materiał, który będzie wymagał ode mnie czegoś nowego, przeobrażenia – fizycznego czy też psychologicznego. W przypadku „Nieustraszonej” musiałam poznać mechanizm działania dochodzeniówki i świata przestępczego, aby zrozumieć jak mam przekonująco zagrać swoją postać. Inspektor Shivani Shivaji Roy nie jest postacią czysto fikcyjną. Stanowi ona zlepek sylwetek prawdziwych policjantów, jakich napotkałam na swojej drodze w trakcie researchu. Pracują oni z reguły jako tajni agenci, kompletnie nie wyróżniają się z tłumu. To co najbardziej mnie zaskoczyło, to ich normalność, spokojne i zrelaksowane podejście do swoich obowiązków.

Polski zwiastun "Nieustraszonej"

Coś szczególnie zapadło pani w pamięć podczas tych spotkań?

Byłam pod wrażeniem tego jak obserwowani przeze mnie policjanci rozmawiają z przestępcami – robią to w zupełnie naturalny sposób. Jeśli na przykład kryminaliści dzwonią do nich z groźbami, straszą ich, że pozabijają ich córki, oni spokojnym głosem odpowiadają – „dobra, no to świetnie. Kiedy mówiłeś, że przyjedziesz na kawę? Super, jesteśmy umówieni”. Wyprowadzają swojego przeciwnika z równowagi, a przez to bardzo często przedłużają rozmowę i dają im czas na popełnienie fałszywego kroku. Są niezwykle odważni i pewni swego. W swojej roli chciałam mieć takie same jaja jak oni.

Tę normalność widać w filmie na wielu płaszczyznach – w przestrzeni domu, podczas treningów, czy nawet w scenie gdy spektakularnie poucza Pani lokalnego przestępcę, bije go po twarzy, a  równocześnie wylicza złamane przez niego przepisy.

Miałam duży ubaw kręcąc tę scenę. Inspektor Shivani jest nie tylko jednostką silną fizycznie, ale przede wszystkim jest genialnym umysłem, który pracuje nad sprawą niczym Sherlock Holmes. Właściwie jest to pierwsza taka bohaterka w kinie bollywoodzkim.

Bohaterka "Nieustraszonej" manifestuje swoją wyższość na każdym kroku

Pani bohaterka poszukuje prawdy i sprawiedliwości, ale czyni to nie do końca podręcznikowymi, legalnymi sposobami. Ucieka od przepisów i regułek, na rzecz skuteczności. W pewnym sensie, nawet stojąc na straży społecznie pojętego dobra, wybiera drogę zła, która zrównuje ją ze ściganymi przestępcami.

Gdy w grę wchodzi ludzkie życie i ochrona niewinności, w tym przypadku dzieci, powinno się te zasady złamać w imię wyższego celu. W jednej ze scen pada zresztą dialog pomiędzy mną a innym policjantem, który dobrze oddaje sens tego co chce powiedzieć – „jeśli będziesz podążał za prawem, to kiedy zdążysz złapać przestępcę?”.

Chęć poszukiwania zemsty była kojarzona w waszym kinie przede wszystkim z mężczyznami i ikonicznymi angry young men. Ale czy można powiedzieć, że we współczesnym kinie bollywoodzkim kobiety mają coraz większe pole do popisu?

„Nieustraszona” nawiązuje do tradycji filmów z lat siedemdziesiątych, w których kobiety odznaczały się wielką siłą, były zdolne wymierzać sprawiedliwość na własną rękę. Chcę jednak podkreślić coś innego – „Nieustraszona” to przede wszystkim film zrobiony z myślą o międzynarodowej widowni. Tak naprawdę problem human traffic wykracza przecież poza granice Indii. Mamy z nim do czynienia w Polsce, Rumunii, Bangladeszu, czy w Pakistanie. „Nieustraszona” jest filmem, który przychodzi w momencie, kiedy ludzie są otwarci na inne kinematografie i doszukują się w nich uniwersalnych znaczeń. Wiodący stereotyp o naszym kinie to „ach te filmy, w których tańczą i śpiewają”. A przecież indyjskie kino cechuje współcześnie niezwykła różnorodność i co najważniejsze – ujawnia się ona także w ramach mainstreamu. Filmy mówiące o poważnych społecznie tematach już nie muszą być w Indiach domeną kina art house’owego dla koneserów. Aktorzy cieszący się stabilną pozycją w tym przemyśle filmowym, mogą przemycać do kina głównego nurtu społeczne przesłanie. Wówczas film staje się platformą dla konfrontacji z szerszą widownią. Niezmiernie się cieszę, że mój film wchodzi do regularnej dystrybucji w Polsce. To tym bardziej niesłychane,  że – inaczej niż choćby kręcony przed rokiem w Warszawie „Kick” - „Nieustraszona” to film niskobudżetowy. Sztuka w moim przekonaniu nie powinna widzieć barier, powinna być uniwersalnym językiem komunikacji napędzanym przez emocje. Filmy polskie, włoskie czy hinduskie prowokują przecież te same łzy.

"Nieustraszona" nie jest klasycznie pojętym filmem bollywoodzkim z piosenkami i tańcami. Film promowano wyłącznie jedną piosenką, która miała być rodzajem motywacyjnego hymnu dla wszystkich kobiet, aby walczyły o swoje 

To co wyróżnia ten film od klasycznego bollywoodzkiego hitu, to przede wszystkim jego warstwa wizualna, zdjęcia. Jest to film niezwykle ciemny, mroczny. Temperatura obrazu, sposób oświetlenia przypomina wręcz filmy neo-noirowe. Czy to wszystko zasługa polskiego operatora Artura Żurawskiego?

Brałam udział w wielu produkcjach z zagranicznymi operatorami, ale muszę przyznać, że wasz rodak jest wyjątkowy. Podczas gdy większość z nich organizuje kadr bardzo precyzyjnie, ustawia rekwizyty pod odpowiednim kątem, Artur mówił z reguły „niech zostanie tak jak jest”. Jeśli pokój był brudny, nikt nie miał prawa go posprzątać. Pamiętam jak reżyser, Pradeep Sarkar, był przerażony, gdy widział że Artur kręci wyłącznie z jednym światłem. Pytał się: „Ty tak na poważnie?”. Artur odpowiadał: „Tak, zaufaj mi i pozwól kręcić”. Tak też się stało, a efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania.

Indie sportretowane w „Nieustraszonej” nie przypominają turystycznej pocztówki. Wręcz przeciwnie, po obejrzeniu twojego filmu aż strach wybrać się do was na wakacje.

Nie musicie się bać. To tylko część Indii – akcja filmu rozgrywa się głównie pomiędzy Delhi i Mumbajem. A nasz półwysep charakteryzuje niezwykła różnorodność geograficzna, kulturowa, językowa. To jest wiele małych państw pod jedną dużą nazwą.

Rani Mukherjee dość rzadko pojawia się teraz na dużym ekranie, niedawno też została szczęśliwą mamą [Aktora związana jest z producentem filmowym Adityą Chopra]. Rani nie boi się jednak eksperymentować - zagrała między innymi w groteskowej i szalonej komedii "Aiyyaa" (2012)

Współcześnie popularne kino hindi ulega widocznej transformacji i przestaje kojarzyć się z konserwatyzmem obyczajowym oraz beztroskimi, tanecznymi pląsami. Zamiast tego, dzięki nowej generacji twórców, staje się śmiałe, odważne, dostrojone do potrzeb młodej widowni.

Nasza młodzież z każdym rokiem zmienia się i generuje potrzebę kreowania nowych idoli, którzy będą im bardziej odpowiadać wizerunkowo. Zresztą świat niesamowicie się otworzył. Młodzi mają dostęp do filmów i seriali z całego świata. Widzą zarówno całowanie, jak i sceny seksu czy przemocy. A kiedy czuć pewne potrzeby ze strony publiczności, producenci wychodzą jej naprzeciw wprowadzają na rynek coraz odważniejsze produkcje.

Co sprawia, że – pomimo zmieniających się okoliczności – wciąż udaje się pani pozostać na szczycie?

Staram się podążać z duchem czasu. I to zarówno jeśli chodzi o sposób prezentowania wybranej przeze mnie postaci, jak i temat filmu: ważne jest, aby znajdował odzwierciedlenie w tkance społecznej. Nie był sztucznie wykreowany na potrzeby filmu, tylko pochodził z tej rzeczywistości, był prawdziwy. Aby widownia mogła się identyfikować z moją bohaterką, z tym co ona przeżywa. Ważne jest to aby się nie powtarzać, aby rysować nowe ścieżki. W przypadku „Nieustraszonej” ważne było dla mnie też to, że to mój pierwszy film akcji. Do tego rola odważnej policjantki, której nie było w innych filmach. W teorii mogłabym wybrać kolejny „bezpieczny” film ze śpiewaniem i tańczeniem, ale nie zrobiłam tego, bo wiem, że jeśli chcę być w tym biznesie, muszę się rozwijać. I chcę spojrzeć z perspektywy czasu na moją karierę z dumą – że jest to jeden z tych filmów, który indaguje sumienia i buduje społeczną świadomość.


"Black" w reżyserii  Sanjaya Leela Bhansali to najważniejszy i najodważniejszy film w karierze Rani Mukherjee. Aktora zagrała rolę głuchoniemej dziewczyny, która uczy się poznawać świat pomimo swojego kalectwa. Bhansali uważany jest za "filmowego czarodzieja", który uwodzi widzów przede wszystkim pięknem wizualnym poszczególnych sekwencji. Jego najnowszy film "Bajirao Mastani" z Deepiką Padukone i Ranveerem Singhiem w rolach tytułowych wojowników/"zakazanych kochanków" zachwycił publiczność i krytyków zdobywając najważniejsze wyróżnienia filmowe w Indiach [m.in. prestiżową nagrodę Filmfare za najlepszy film, reżyserię i aktorów]

W budowaniu tej świadomości nie pomaga fakt, że „Nieustraszona” otrzymała od waszej cenzury certyfikat R, pomimo tego, że nie zawiera bezpośrednio ukazanych drastycznych scen. To jest o tyle ciekawe, że w wielu filmach przeznaczonych dla standardowej widowni w Bollywood, jest pełno scen tanecznych, w których półnagie piękności beztrosko wdzięczą się do mężczyzn, są uprzedmiatawiane, sprowadzane do roli rekwizytu, który nie ma żadnego znaczenia dla narracji. Tymczasem, napływające do nas informacje dotyczące sytuacji kobiet w waszym kraju są przerażające. Wystarczy przywołać chociażby popularny w indyjskim społeczeństwie pogląd – „jeśli kobieta jest gwałcona, to niech zacznie z tego czerpać przyjemność”.

Staramy się z tym walczyć, chcemy sprawić, aby nasz film był pokazywany w szkołach. Aby mogli go zobaczyć już czternastolatkowie i piętnastolatkowie w towarzystwie swoich rodziców. Niestety w naszym systemie nie ma takiego certyfikatu, który zezwalałby nieletnim na oglądanie filmów pod opieką dorosłych. Naszym sukcesem było za to korzystne sprzedanie praw telewizji, dzięki, której „Nieustraszona” mogła trafić do naprawdę dużej ilości odbiorców. Cieszymy się, bo jednym z naszych celów jest uświadamianie ludzi o pewnych problemach. Jeśli w filmie takim jak „Nieustaszona” pojawia się przemoc, to z uzasadnionej przyczyny, a nie jako fetysz.

Piękna Rani Mukherjee z operatorem Piotrem Żurawskim na polskiej premierze
"Nieustraszonej" w Warszawie, styczeń 2015

W odniesieniu do waszego kraju mówi się, że bardziej wierzycie w rzeczywistość wykreowaną przez filmy, aniżeli w prawdziwe życie. Aktorzy traktowani są niemalże jak bóstwa, którym oddaje się cześć. Skoro lekcje na temat szacunku do kobiet lądują w próżni, może kino jest dobrym narzędziem, aby przekazywać społeczne treści w taki sposób aby zostały na dłużej?

Po premierze filmu zadzwoniło do mnie wielu rodziców, dziękując mi, że w nim zagrałam. Jeden z nich powiedział mi, że jego córka tak chciała obejrzeć mój film, że złamała prawo i jako szesnastolatka weszła na seans. Po projekcji „Nieustraszonej” buntująca się zazwyczaj nastolatka zrozumiała jakie są konsekwencje nieprzemyślanych zachowań, dlaczego trzeba być w życiu ostrożnym i rozumieć rodziców, którzy na przykład nie pozwalają nam wychodzić późno z domu. Proszę sobie wyobrazić, że ta dziewczyna poszła na film drugi raz, ale tym razem zabrała do kina również swojego ojca. Kiedy indziej zwrócili się do nas dziecięcy psychologowie, którzy na co dzień walczą z skutkami przemocy. Powiedzieli że mogą długo się rozwodzić nad potrzebą edukacją, ale w „Nieustaszonej” mówimy to samo w sposób atrakcyjny i przystępny. A zatem może warto by zmienić wzorzec, aby o pewnych rzeczach nie tylko mówić, lecz także pokazywać je na ekranie. Osobiście najbardziej ucieszyłam się jednak, gdy po premierze filmu media obiegła historia grupy dziewczyn, które – w obronie koleżanki – pobiły prześladującego ją chłopaka. Później podkreślały w wywiadach, że do takiej reakcji sprowokowała je właśnie „Nieustaszona”. 

Aby przetrwać ofiary muszą się zatem upodobnić do swoich oprawców? Najlepszą obroną jest atak?

Nie można być biernym, nie można ciągle zaciskać zębów. Jeśli nie docierają słowa, to trzeba postawić na swoim taką metodą, która trafi do naszego adwersarza. I tak właśnie robi moja bohaterka. Najważniejsze dla niej to ocalić dziewczynki przed całkowitą zgubą, nawet za cenę własnego bezpieczeństwa. Wynika z tego jasno, że nie wolno się bać. Strach to jeden z najgorszych przeciwników.

Proszę dokończyć zdanie: odważna dziewczyna to…
To cała ja!


poniedziałek, 18 stycznia 2016

David O. Russell: amerykańskie obsesje


Kadr z filmu "Joy", reż. David O. Russel; na ujęcie widać m.in.
Jennifer Lawrence, Robert De Niro, Isabella Rossellini i Edgar Ramirez




Aż trudno pomyśleć, że jeszcze dziesięć lat temu reżyser „Poradnika pozytywnego myślenia” (2012) nie należał do czołówki hollywoodzkich filmowców. Choć w jego filmach występowały już wcześniej gwiazdy takie jak Ben Stiller, George Clooney czy Dustin Hoffman, trudno mówić o rozgłosie i znaczących sukcesach, które przekładałyby się na wyniki box office’u czy nominacje do prestiżowych nagród [1]. 


Twórca „The Fighter” rozpoczął swoją karierę krótkometrażówką „Bingo Inferno: A Parody on American Obsession” (Bingo Inferno: Parodia amerykańskiej obsesji, 1987), którą pomogła mu zrealizować nieżyjąca już, legendarna montażystka Tarantino, Sally Menke. Zauważony przez selekcjonerów festiwalu Sundance film, opowiadał historię osobliwej amerykańskiej familii, w której króluje matka uzależniona od bingo, a u jej boku ojciec wpatrzony w telewizor. Szkicowany przez Russella od początku kariery słodko-gorzki portret instytucji rodziny powróci ze zdwojoną siłą w ostatnich filmach reżysera („The Fighter”, „Poradnik pozytywnego myślenia", „American Hustle”), a także w najnowszym „Joy”. Amerykański twórca zwykle upatruje w niej źródło nieszczęść i kłopotów, swoistej traumy, z którą postacie muszą nieustannie się mierzyć. Te „rodzinne igraszki” działają jak szwajcarski lakier do paznokci w „American Hustle” , w którego zapachu kryło się coś zgniłego i zepsutego, ale jednocześnie trudno było się od niego oderwać. 

Bradley Cooper jako Pat Solitano Jr w "Poradniku pozytywnego myślenia"



W całej twórczości Davida O. Russella bohaterowie chcą wznieść się powyżej swoich dotychczasowych możliwości – wyrwać się z rodzinnego domu i uwolnić toksycznej matki (pełnometrażowy debiut „Spanking the monkey”, 1994), odnaleźć biologicznych rodziców („Igraszki z losem”, 1996), odnaleźć skarb na pustyni i dorobić się na wojnie („Złoto pustyni, 1999), uwierzyć w sens istnienia („Jak być sobą”, 2006), wygrać mistrzowski tytuł („The Fighter”, 2010), odnieść wielki sukces i udowodnić swoją wartość najbliższym („American Hustle”), zakochać się i być kochanym („Poradnik pozytywnego myślenia”, „Joy”). Te pragnienia zamieniają się wręcz w obsesje („myśl pozytywnie”, „uwierz w siebie”, a także w mit „od zera do bohatera” czy też no pain no gain), które Russell portretuje na ekranie w karykaturalnym stylu, z dużą dawką ironii i humoru. Choć filmy twórcy „The Fighter” są uwikłane w gatunkowe i stylistyczne przerysowanie, to nigdy nie są cukierkowe – jest w nich zawsze coś gorzkiego, czy wręcz okrutnego. Marzenia idą w parze z frustracją – twórca „Poradnika (…)” opowiada również o ludziach, którzy ciągle coś pozorują, będąc właściwie na skraju załamania nerwowego. Russell rzadko kiedy prezentuje na ekranie bohaterów „z krwi i kości”. Zamiast tego stawia raczej na przejaskrawione „typy osobowościowe”. Filmy amerykańskiego twórcy przypominają, że karykatura nie musi być zresztą tylko prześmiewcza – korzystając z deformacji i wyolbrzymienia staje się narzędziem do głębszego poznania charakteru postaci, co sprawia, że obiekt karykaturalny nabiera cech pozytywnych i sympatycznych. Trudno nie polubić bohaterów O. Russella, nawet jeśli są „emocjonalnymi kalekami”. Jak można się nie zakochać w nieprzewidywalnej wariatce czy też w człowieku, który wychodzi pobiegać w worku na śmieci (Bradley Cooper i Jennifer Lawrence)? A może w ćpunie, który łączy się duchowo z równie niezrównoważoną psychicznie matką (matroną wręcz) śpiewając w samochodzie łzawe I started a joke zespołu Bee Gees (Christian Bale i Melisa Leo)? Można wręcz powiedzieć, że im bardziej pokręceni są bohaterowie O. Russella tym widownia bardziej do nich lgnie – zresztą co oznacza „być normalnym” w filmowym uniwersum twórcy „Joy” (2015)?



W wywiadach reżyser deklarował niejednokrotnie, że postacie kobiece stanowią interesujące wyzwanie. Bliźniaczą duszę odnalazł zresztą w młodziutkiej Jennifer Lawrence, która wraz z Bradleyem Cooperem, Robertem De Niro, Amy Adams, Christianem Balem stanowi fundament jego „filmowej rodziny”. 

Czym Lawrence zdobyła serce reżysera? Russell przywołuje następującą anegdotę: Na planie „Poradnika” zauważyłem, że Jennifer chodzi wszędzie z grubą księgą. Okazało się, że była to „Anna Karenina”. Byłem zaskoczony tym, że dziewczyna z Kentucky czyta Tołstoja. Nie doceniłem jej. Podchodzę do Jen jakiś czas później, byłem przekonany, że dobrnęła już do końca powieści. Zaciekawiony pytam – „Dotarłaś już do słynnego momentu, w którym Anna rzuca się pod pociąg?”. Jen się na mnie patrzy i autentycznie wpada w panikę – „Ale jak to? Wroński przecież wróci, musi wrócić!”. Staram się nakłonić ją do dalszej lektury, tłumaczę, że się wygłupiałem. Mało tego zaczynam wręcz ściemniać, że Wroński wróci i razem z Kareniną pojadą na wycieczkę pociągiem. Ale dziewczyna nie może przestać płakać. Wtedy pojąłem jak emocjonalnie szczerą osobą jest Jennifer


Wystylizowana Jennifer Lawrence w "American Hustle"

O twórczości Davida O. Russella napisałam na łamach miesięcznika KINO, wydanie styczniowe. Magazyn jest dostępny w kioskach i Empikach przez miesiąc. Wspierajcie nas i edukację filmową !

Diana Dąbrowska, Poradnik [Nie]Pozytywny/Amerykański obsesje Davida O. Russella;
Artykuł został opublikowany w styczniowym wydaniu miesięcznika KINO




[1] W tym kontekście warto zapoznać się z artykułem Hervé Aubrona dostępnym na stronie magazynu Cahiers du Cinema: www.cahiersducinema.net/Repliques-Minor-movies,1196.html. Aubron uznaje wspomniane filmy za reprezentację nowego trendu w kinematografii amerykańskiej, którego twórcy (tacy, jak Fincher, Van Sant czy bracia Coen) porzucają globalną perspektywę na rzecz kina, w którym króluje stylistyczna prostota i jedność stylu, brak rozwiniętych motywacji psychologicznych postaci i inspiracje wywiedzione z kultury popularnej, najczęściej mieszane ze sobą w rodzaj popkulturowego kolażu.