piątek, 20 listopada 2015

Filmowe Koty [2]: Co jest grane, Davis?

(Inside Llewyn Davisreż. Ethan i Joel Coen

Grand Prix na Festiwalu Filmowym w Cannes, 2013/4)



Filmowe koty, ujęcie drugie. I to jakie ujęcie. Tym razem nasz bohater jest bezwstydnym rudzielcem, który doprowadza tytułowego bohatera do szału. Przed Państwem: „Co jest grane, Davis?”, czyli Bracia Coen między ironią a melancholią.


Llewyn Davis: człowiek fuck-up



1961, Greenwich Village. Llewyn Davis (Oscar Isaac) próbuje zaistnieć na nowojorskiej scenie folkowej spod znaku uroczych „novelty song” pokroju „Please, Mr Kennedy [oh oh]”. Zazwyczaj grał w duecie, ale jego muzyczny partner Mike Timlin popełnił samobójstwo. Najnowsza płyta Davisa nie sprzedaje się. Bohater nie ma pieniędzy, dachu nad głową, pomysłu na siebie, a co ważne – nie ma po co dalej żyć. Ludzie chcą go „wymazać z mapy świata” – dziewczyna, która myśli, że jest z nim w ciąży, marzy o aborcji, a nie o „dziecku z biednym idiotą”. Dwa lata wcześniej to samo zrobił niejakiej Diane, jednakże ta ostatecznie nie usunęła płodu. Najprawdopodobniej Davis ma syna w Akron (kłopoty ojcowskie to przecież jedna ze specjalności Coenów). 


  "Koci" trailer filmu Braci Coen

W swoim prawdziwym życiu bohater stał się poniekąd karykaturą postaci o których tak pięknie śpiewa. Ale Llewyn Davis nie jest Bobem Dylanem i ma chyba tego świadomość. Chce być upadły, chce być anty-bohaterem. Davis nie trafia w tonację, która zawładnie epoką - jest wiecznie spóźniony. I to właśnie świadomość swojej życiowej porażki, kształtowanie własnej egzystencji na wzór konsekwentnej klapy, wydaje się być jedynym dostępnym zwycięstwem Davisa. Ostatecznie ma nas… i rudego kota. „Co jest grane, Davis?” wydaje się różnić od poprzednich filmów reżyserskiego duetu – jest o wiele bardziej melancholijny i ludzki, a jednocześnie zachowuje typową dla Coenów "ironię losu". Llewyn Davis omija przecież ten zakręt, który mógłby odmienić jego życiową drogę, nadać jej nowy bieg. A przecież tam kryło się miejsce na potencjalne rozwinięcie fabuły, na dramaturgię. Dzieje się wręcz przeciwnie, historia zatacza koło. 

Licencja na ośmieszanie świata

  
"What the fuck...?" w twórczości Braci Coen

Bracia Coen uwielbiają się bawić. Rozliczne, intertekstualne nawiązania na polu zarówno tematycznym, jak i estetycznym ich dzieł tworzą napiętą strukturę, którą widz-detektyw czuje się w obowiązku rozwikłać. Ale ich erudycja idzie w parze z sardonicznym humorem. Bawią się z widzem, poniekąd kpiąc z niego. Każde dzieło kultowych braci jest majstersztykiem, o wiele subtelniejszym, niż chociażby filmy Tarantina, do których Coenowie są stale porównywani. Twórca "Pulp Fiction" działa na powierzchni i wydaje się być dobrodusznym błaznem-geniuszem, filmowi Bracia sięgają znacznie głębiej, w białych rękawiczkach i z przerażająco poważną miną a’ la Javier Bardem z „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Dialektyczność dzieł Braci Coen doprowadza krytyków do szału – nawet najbardziej spektakularna interpretacja może wydać się po czasie lukrowaną wydmuszką. To jest tak jakby artyści z zimnej Minnesoty posiadali „licencję do ośmieszania świata” – im poważniej do nich podchodzisz, tym prędzej wpadasz w pułapkę. W ich przypadku trudno mówić już o cynizmie, trzeba być odświeżyć z szuflady filozoficznych pojęć, coś równie godnego ich błyskotliwości –  niejaki „kynizm” Petera Sloterdijka ("Krytyka cynicznego rozumu") [1]. A może ta podwójność i dialektyczność bierze się z faktu, że jest ich dwóch na pokładzie? Organicznie próbują scalić dwie wizje w jednym dziele. Spostrzeżenie idiotyczne, ale jest coś na rzeczy… Pasuje do twórców „Burn after reading”.


Koci Ulisses, czyli o takim jednym co ukradł całe show

Po pokazie w Cannes Bracia Coen wyznali, że „[ich] film nie ma tak naprawdę fabuły… To nas zmartwiło. Dlatego też wrzuciliśmy do niej kota”. Rudy kompan Davisa staje się spoiwem poszczególnych scenek z życia biednego artysty. „Co jest grane, Davis?” składa się z dwóch części, „dwóch obszarów”. Jedna z nich jest kawiarniano-mieszkalna, czyli zatłoczone i zadymione peryferie Nowego Jorku, w którym rozbrzmiewa muzyka folkowa. Druga natomiast, przeobraża się open road movie, pojawia się jakiś „zgubny” cel – szukanie impresaria o znaczącym imieniu Bud Grossman [2]. Kot jest spoiwem narracyjnym, gdyż wszystko sprowadza się do niego i też „z jego powodu”.

  
Rudy kot otwiera film Altmana "Długie pożegnanie" (1973)
na podstawie powieści Raymonda Chandlera (1953)

Przez cały film Coenów przetacza się również wątek pożegnań. "Co jest grane, Davis?" rozpoczyna się ujęciem idącego kota z ogonem do góry, które przypomina fragment sekwencji otwierającej „Długie pożegnanie” Roberta Altmana. Maść kota też się pokrywa, swoiste przemęczenie i znudzenie bohatera również. Llewyn rozpoczyna film pełną troski balladą “Hang Me, Oh Hang Me”, aby przejść następnie do „Fare Well”. Ostatnie słowa, które wypowiada Davis to zresztą – „Au revoir”. Bohater, któremu początku pisany jest margines, ostatecznie w nim zastyga i to w tonacji własnej pieśni. Tak jak altmanowsko-chandlerowski Marlowe (symboliczny born-loser), Llewyn może z przekąsem dodać – „nawet kot mnie opuścił” (ang. Yeah, I even lost my cat…).

Explain the cat!

   Ale co z tym kotem? Mało tego, kotem o imieniu Ulisses (kłania się kolejne nawiązanie do uniwersum filmowych braci, czyli „Bracie gdzie jesteś?”). Ten mitologiczny wątek nie wydaje się bez znaczenia (jak zresztą wszystko u Coenów, można by żartobliwie dodać – nawet „nicość” ma u nich wartość [sic!]). Jak pisze Iwona Cegiełkówna: „Llewyn, niczym błądzący po labiryncie Tezeusz pozbawiony nici Ariadny, wciąż trafia do punktu wyjścia”. Autorka nie tylko doszukuje się w filmie nawiązań antycznych, ale też baśniowo-onirycznych, w którą postać kota wpisuje się doskonale: »wiąże się z nim bogata symbolika: tajemnicy, mroku, niezależności. Taką niejednoznaczną rolę pełni Kot z Cheshire w „Alicji w Krainie Czarów” czy kot z „Folwarku zwierzęcego” Orwella, który głosuje i za, i przeciw. Ta ambiwalencja podkreśla status Llewyna jako typowego XX-wiecznego everymana, „człowieka bez właściwości”«. Ten brak właściwości mógłby paradoksalnie stanowić cechę – Llewyn jest pechowy, nijaki, ale w moim przekonaniu – imponująco konsekwentny w swojej życiowej postawie. Ale jak wykrzykuje z ekranu Jean, grana przez Carey Mulligan, „wytłumacz się tego kota!”. 


   Krytycy próbowali, fani wciąż próbują. Teorie są jak najbardziej spiskowe. Kot jako talizman, symbol, metafora, żart, nawiązujący do sławetnej scenariuszowej rady Blake'a Snydera ”ocal kota – save the cat!, wówczas każdy pokocha twojego bohatera”… Z jednej strony kot może być odczytany jako odpowiednik samego Davisa, symbol kryzysu jego tożsamości (analiza „The Atlantic”). Ciekawsza jednak wydaje się być interpretacja ze strony „Digitalspy” – Kot to nie Llewys, to… Mike, były muzyczny partner. Tytułowy bohater nie nadaje się na artystę solowego, wszystko robił w duecie. Po wysłuchaniu jego muzycznej interpretacji, Grossman nie proponuje mu kontraktu, tylko miejsce w jakimś trio. Davis kłóci się z Państwem Gorfeins, właśnie wtedy gdy Pani Gorfeins zaczyna śpiewać cześć Mike’a… Kot stale mu towarzyszy na przedmieściach Nowego Jorku. Nawet wtedy gdy okazuje się, że znalazł niewłaściwego rudzielca, zabiera go ze sobą. Zostawia go następnie przy drodze, ale kot do niego wraca... na tej samej drodze. Coenowie uwielbiają powtórzenia –  tak dzieje się ze sceną przebudzenia Davisa u Państwa Gorfeins. Ten psotny rudzielec znów tam jest, ale tym razem ten właściwy, czyli Ulisses. Bohater nie pozwala mu ponownie uciec, chce być sam, chce spróbować żyć po swojemu, nawet jeśli to będzie oznaczać samozagładę. „Co jest grane, Davis?” byłby zatem opowieścią o braku, w tym „stracie samego siebie”.


Zob.: 

Krytycy kochają kota braci Coen:

http://www.vulture.com/2013/12/critics-love-the-inside-llewyn-davis-cat.html

Interaktywny projekt analizy porównawczej: Ulisses i Inside Davis Llewyn

http://www.math.grinnell.edu/~simpsone/Ulysses/Projects/llewyn.php



Rudzielce podbijają Hollwyood

    
Oscar Isaac opowiada o swoich traumatycznych przeżyciach z kotami...


Nawiązując do tytuły, nie mam na myśli gwiazdy „Teorii wszystkiego” (Eddie Redmayne) czy „Wroga numer jeden” (Jessica Chastain). Garfield, Klakier, Krzywołap z serii o HP… a w 2014 koty oczarowały świat występami w „Zaginionej dziewczynie” (niektórzy, żartowali wręcz, że kot wyraził więcej emocji przez jedno ujęcie, niż Ben Affleck przez cały film) i „Co jest grane, Davis?”


"Gone Girl", reż. David Fincher

Ulisses w Cannes cieszył się tą samą sławą jak Uggie, pies z oscarowego „Artysty”. Określony go wręcz „najlepszym rudzielcem od czasu »Długiego pożegnania« Altmana”. Przy czym trudno mówić o jednym kocie w przypadku filmu Braci Coen, gdyż wykorzystano na zmianę całe trio, o pięknych imionach: Tiger, Jerry i Daryl. Kot[y] był ponoć prawdziwym pain in the ass, a Justin Timberlake żartobliwie wyznał w wywiadzie, że „kocur był najbardziej kapryśną gwiazdą na planie, wiecznie niezadowoloną z cateringu”. Za tydzień przyjrzę się zresztą kolejnemu rudzielcowi, który akurat zbudował karierę na tym, że był bezimienny i należał do Holly Golightly – Kot ze „Śniadania u Tiffany’ego”.



Joel Coen: "You have lots of different cats on set... Oh, that one won't do the scene? Try this other one, see if he'll do it.' And you just sit there until he does it, or until you say, 'Fuck it, he ain't gonna do it,' and come up with something else."

Hermiona i Krzywołap w filmie "Harry Potter i więzień Askabanu"

PRZYPISY:


[1] W "Krytyce cynicznego rozumu" Peter Sloterdijk rozróżnia dwie przeciwstawne kategorie cynizmu i kynizmu. O ile cynizm uznawany jest za "wszechwiedzę panów", kynizm charakteryzuje się satyrą, plebejską wolnością, krytyką, emancypacją - "ciało, które prowokuje władzę i wywołuje krytykę". Badacz niejednokrotnie był krytykowany za ahistoryczne przeniesienie pojęć, aczkolwiek postulat stworzenia nowej, oczyszczonej kategorii dla cynizmu jest fascynujący.

[2] Dla fanów Boba Dylana nazwisko Grossman jest od razu rozpoznawalne – przez lata był menadżerem muzycznej ikony. W „Wietrznym mieście” Grossman założył klub folkowy „The Gate of Horn" oraz studio nagraniowe. Llewyn śpiewa w Chicago piosenkę “The Death of Queen Jane”, która zdaje się w pełni oddawać jego desperację. W piosence pojawia się również wątek rodzicielski, który ciąży nad bohaterem (If I lose the flower of England, I shall lose the branch too). Jak słusznie zauważa Adam Nayman w swojej recenzji dla Cinema Scope, Coenowie znów kpiąco puszczają oczko obsadzając aktora arabskiego pochodzenia (F. Murray Abraham) w roli żydowskiego impresario. Etniczne maskarady to znów jedna z ich specjalności. Zob. recenzję na stronie: http://cinema-scope.com/currency/inside-llewyn-davis-joel-ethan-coen-us/


[3] Iwona Cegiełkówna, Co jest grane, Davis?, „Kino" 2014, nr 02, s. 84

Llewyn Davis i rudy kot, ontologiczna odyseja na peryferiach Nowego Jorku

wtorek, 17 listopada 2015

Wywiad z Sonam Kapoor, księżniczką Bollywood




Jedna z najpiękniejszych aktorek Bollywood, prawdziwa diva i ikona mody. Córka legendarnej gwiazdy hinduskiego przemysłu filmowego, Anila Kapoora (wystąpił m.in. w nagrodzonym Oscarem "Slumdogu" Danny'ego Boyle'a czy w telewizyjnej serii "24 godziny"). Choć karierę rozpoczęła w 2007 roku, największe sukcesy odnosi dopiero od niedawna - przełomowym dla niej okazał się społeczny dramat "Raanjhanaa" (Beloved One, 2013), w którym wykazała się przede wszystkim dojrzałością, zbierając przy tym świetne recenzje od krytyków. W tym samym roku aktorka pojawiła się w epizodycznej roli w biografii sportowej "Bhaag Milkha Bhaag" (Biegnij Milkha, Biegnij) o olimpijskim biegaczu Milkha SinghJej wizerunek znacząco ociepliła komedia romantyczna "Khoobsurat" (Najpiękniejsza, 2014), w której została pierwszą hinduską księżniczką Disneya. Współczesny "Kopciuszek" w jej wykonaniu był równie niezdarny, co uroczy. Z rolą księżniczki nie pożegnała się zresztą na długo, mało tego - zagrała u boku jednego z trzech największych gwiazdorów Bollywood - Salmana Khana w filmie "Prem Ratan Dhan Payo" (Receive a treasure called love, 2015) w reżyserii mistrza rodzinnych, gigantycznych melodramatów Sooraja Barjatyi. Rozmawiałam z Sonam przed festiwalem filmowym w Cannes (maj 2015), na którym stale pojawia się jako ambasadorka marki L'Oreal Paris. Znajdowała się wówczas na planie "Prem Ratan Dhan Payo" i nie spodziewała się jeszcze olbrzymiego sukcesu jaki film odniesie pół roku później. 

Plakat reklamujący nowy film Salmana Khana i Sonam Kapoor.
Premiera odbyła się podczas święta Diwali. 

Odnotowano rekordową frekwencję i sprzedaż biletów

Diana Dąbrowska: W Polsce kino bollywoodzkie kojarzone jest przede wszystkim z filmem „Czasem słońce, czasem deszcz” z Shah Rukh Khanem w roli głównej. Takie produkcje jak komedia „Hotel Marigold” czy oscarowy „Slumdog. Milioner z przypadku” powielają na międzynarodową skalę egzotyczne stereotypy dotyczące Indii. Tymczasem wasza kinematografia zmienia się i ma dziś chyba do zaaferowania więcej niż osławione tańce i śpiewy?

Sonam Kapoor: Dotyka pani teraz pewnego stereotypu, ale trzeba przyznać, że jest on związany z naszą tradycją kulturową i religijną. Wypomina się nam, że nie pokazujemy scen pocałunków czy stosunków seksualnych, a przecież wszystkie uczucia wyrażamy właśnie poprzez taniec. Zresztą niektóre zarzuty z biegiem czasu stały się przestarzałe.   Dziś całujemy się w swoich filmach tak jak dzieje się to w normalnym życiu! Bollywood pomału wychodzi z szowinistycznej przestrzeni, w której patriarchalny porządek stanowił najwyższą instancję, a kobiety postrzegane były wyłącznie jak , ozdoba. W moim przekonaniu odradza się „złota era” naszego kina z lat 60. i 70.- filmy zwracają się ponownie w stronę rzeczywistości, stają się bliższe ludzkim potrzebom.

Czy Bollywood stara się zatem walczyć o lepszą pozycję dla kobiet, aby przeciwdziałać szkodom jakie wyrządza im społeczeństwo?

Widać wyraźne oznaki przemian. Obecna sytuacja kształtuje się wyraźnie na naszą korzyść – kino podkreśla rosnące znaczenie kobiet w hinduskiej rzeczywistości, daje nam szansę, abyśmy były bohaterkami filmów w pełnym tego słowa znaczeniu. To na naszych barkach opiera się cała narracja filmowa, nie potrzebujemy już towarzystwa męskiej gwiazdy, aby zwabić ludzi do kin. Filmy o kobiecej tematyce, z silnymi bohaterkami, udowodniają producentom, że mogą przynosić coraz większe przynieść zyski. Kino spełnia w naszym kraju bardzo ważną funkcję społeczną i może być pełnoprawnym narzędziem do walki z dyskryminacją płciową.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że kino bollywoodzkie opiera swoją siłę na tworzeniu fantazji, w których główne role odgrywają nieziemsko przystojni mężczyźni i olśniewająco piękne kobiety. Jak odnaleźć się w sytuacji, w której wymaga się od pani bycia ideałem?

Nie czuję presji, abym musiała na siłę wpisać się w pewien stereotypowy wizerunek. Mam taką zasadę, że zawsze mówię to co myślę. Jestem sobą na każdym kroku. Nie ma sensu zresztą udawać kogoś kim się nie jest, bo los ostatecznie i tak upomni się o twoje prawdziwe oblicze. Oczywiście nie staram się być umyślnie skandalistką, nie prowokuję na siłę. Nie oceniam złośliwie ludzi, którzy na to nie zasługują.


Układ taneczny do piosenki tytułowej "Prem Ratan Dhan Payo" podbił serca internautów. W sieci można spotkać mnóstwo dubsmashy zrealizowanych przez fanów i inne gwiazdy. W filmach Sooraja Barjatyi pojawia się obowiązkowo mnóstwo piosenek, w tym jedna szczególna dla głównej aktorki. W kultowym dziś filmie "Hum Aapke Hain Koun" (1994) cały naród do tańca porywała swoim wdziękiem i krokami wielka diva Madhuri Dixit w piosence "Didi Tera Dewar Deewana"


Istnieją jednak kwestie, w których – choćby na Twitterze – wypowiada się pani bardzo ostro. Dotyczą one zwykle sytuacji kobiet i ich bezpieczeństwa.

Bycie kobietą w takim kraju jak Indie jest trudne. Jeśli możesz powiedzieć co czujesz i wiesz, że ktoś cię wysłucha, warto skorzystać z tej możliwości. Widzę jak młode dziewczyny inspirują się tym co robię, mówię, czy zakładam na siebie. Dlatego chce być wzorem kobiety, która nie boi się mówić w sposób otwarty o rzeczach ważnych dla swojego kraju. Jeśli nie podoba mi się sposób traktowania mojej płci przez polityków, czuję się wręcz do zobowiązana, aby wyznać to publicznie.

Sonam Kapoor jako uciekająca panna młoda w "Dolly Ki Doly" (2015).
T
o jedna z jej odważniejszych ról, w której aktorka starała się złamać swój
wizerunek "dobrej dziewczyny"

Wybierane przez panią filmy i role – od komedii romantycznych po społeczne dramaty – tworzą spójny wizerunek silnej, wykształconej kobiety, która stara się być zarówno nowoczesna, ale też żyje w zgodzie z rodzinnymi wartościami. W swoich filmach jest pani zawsze lepsza od mężczyzn, którzy pani partnerują! 

Zawsze wybieram kobiety, które nie wstydzą się być sobą, popełniają błędy, ale w tym wszystkim pozostają silne. W jednym z filmów ["Raanjhanaa"] byłam nawet liderem politycznym – od moich wyborów uzależnione było życie innych osób. Cieszę się z tego, że mogłam być konsekwentna. Nie ma nic złego w pragnieniu, by być lepszym od mężczyzn, zarabiać od nich więcej pieniędzy. Nie powinno się zmieniać dla nikogo, ani dla facetów, ani pod dyktando społeczeństwa. Jeśli komuś nie odpowiada to jaka jesteś, to nie jest twój problem. Trzeba zerwać z plagą odgórnych schematów i społecznie pożądanych zachowań. Dlatego staram się wybierać role, które mogą być inspirującym przykładem dla młodych dziewczyn. Silna kobieta, która posiada własną opinię będzie przez ludzi szanowana.

W 2014 roku w filmie „Najpiękniejsza” ["Khoobsurat"] została pani pierwszą hinduską księżniczką Disneya. Jakie to było uczucie?

To niezwykłe doświadczenie, kiedy w wieku 28 lat spełnia się fantazja z dzieciństwa, o której dawno się zapomniało. Każdy miał swoją ulubioną księżniczkę, moją był właśnie Kopciuszek. Moja kreacja była niezwykle nowoczesna i eklektyczna – bohaterka zachowaniem i strojem zupełnie nie pasowała do wyższych sfer. Przesłanie „Najpiękniejszej” było uniwersalne – nie ma nic fajniejszego niż bycie sobą. Warto czekać na księcia z bajki, który będzie kochać cię nawet jeśli jesteś rozgadaną ciamajdą.

Sonam w jednej z najbardziej znanych piosenek z filmu "Khoobsurat"
Główna bohaterka Mili porywa do tańca w samej piżamie całą służbę wielkiego pałacu, w którym została zatrudniona jako fizjoterapeutka. 
Obok Sonam pojawił się po raz pierwszy w Bollywood, 
pakistański aktor Fawad Khan
obecnie jedno z najgorętszych nazwisk w hinduskiej branży.


Sonam Kapoor i Fawad Khan 
w zabawnej piosence promującej film "Khoobsurat"

Od wielu lat jest pani reprezentantką międzynarodowej marki kosmetycznej L Oreal Paris. Reprezentacja indyjska składa się też z Aishwaryi Rai i Fridy Pinto. To chyba jeden z pani najbardziej lukratywnych kontaktów.

Mogę być dumna z tego, że jestem twarzą marki, która jest tak ponadczasowa, tak sprawdzona i przez wszystkich stosowana. Nie mogłabym reklamować czegoś, czego sama nie używam. Cieszę się, że mam szansę reklamować produkty, które kojarzą się z jakością. Kosmetyki tej marki od lat upiększają kobiety na całym świecie, dostosowują barwy i odcienie do koloru oczu, włosów, karnacji. To rzeczywiście duże wyróżnienie być ich ambasadorką.

Jako ambasadorka L Oreala regularnie pojawia się pani na prestiżowym Festiwalu Filmowym w Cannes. Czy widzi pani jakieś podobieństwa pomiędzy blichtrem Cannes a przepychem Bollywood?

Cannes fascynuje mnie staroświeckim czarem, który przywołuje na myśl klasyczne kino. Pod tym względem rzeczywiście ma wiele wspólnego z Bollywood i pewnie dlatego czuję się tam jak u siebie w domu.

Sonam Kapoor na Festiwalu w Cannes
Aktorka znana jest ze swojego oryginalnego stylu i oceniana jest 
jako jedna z najlepiej ubranych kobiet świata przez magazyn Vogue


Ma pani wielu przyjaciół projektantów w Europie – pani styl docenili Giorgio Armani czy Alberto Cavalli, który mianował panią publicznie najpiękniejszą kobietą Indii.

Wydaje mi się, że ten pozytywny stosunek bierze się stąd, że traktuję projektantów jak artystów. Uważam, że ludzie, którzy tak piękne kreacje w pełni zasługują na to miano. Moda to przecież artystyczny proces, który portretuje przemiany społeczne i historyczne. Po ubiorze można określić jak zmieniały się czasy, potrzeby społeczne, pozycja kobiet w społeczeństwie. Po sposobie ubierania można ocenić to jak ludzie myślą, co czują. Uważam modę za bardzo ważny aspekt kulturowy, który należy szanować i traktować nie tylko powierzchownie.

Sonam w towarzystwie Alberta Cavalli
miłośnika jej urody i stylu

Jest pani uważana za najlepiej ubraną i wystylizowaną aktorkę w Indiach. Z pochwałami spotykają się wszystkie pani kreacje – zarówno te tradycyjne, jak i pochodzące od zachodnich projektantów. Jaki jest sekret pani stylu?

Poprzez modę staram się oddać charakter mojej osobowości. A one jest niewątpliwie rozstawiona pomiędzy tradycją hinduską, a kulturą europejską. Wiele inspiracji czerpię od członków najbliższej rodziny – moja siostra Rhea jest stylistką, a mama projektantką i kolekcjonerką ekskluzywnej biżuterii. Obie dobrze mnie znają i wiedzą, że uwielbiam eksperymenty oraz kontrolowaną, operową przesadę.

Aktorka bardzo często umieszcza na Instagramie i Twitterze zdjęcia swoich stylizacji. Bardzo eksperymentuje z modą będąc zarówno nowoczesna jak i tradycyjna. Filmem, który znacząco wpłynął na jej odbiór jako "fashionisty" była, inspirowana "Emmą" Jane Austin, "Aisha" (2010):


Nie tylko prężnie działa pani w branży filmowej i modowej, ale też wykorzystuje pani swoją popularność, aby pomagać innym. Dla fundacji Smile Fundation postanowiła pani wyprzedać swoją garderobę, aby z tych środków wspomóc kupno podręczników czy też budowę nowych szkół.

Nie lubię się chwalić tym co robię, szczególnie jeśli jest to działalność charytatywna. Pomagam, bo zdaje sobie sprawę, jak ważne jest uzyskanie świadomości społecznej na pewne tematy. Tak stało się choćby w przypadku akcji, która miała nakłonić Hinduski do zbadania swoich piersi. Rak piersi wykryty odpowiednio wcześniej nie musi oznaczać wyroku na czyjeś życie. Tymczasem w pewnym momencie w Indiach nowotwory stały się epidemią. W  każdym domu ktoś choruje na raka. Ludzie w ogóle się nie badają, nie mają świadomości, że można im pomóc w wykryciu choroby, która w wielu przypadkach może być przecież uleczalna. Szerzenie wiedzy w ogóle wydaje mi się szalenie istotne, bo właśnie z jej braku rodzą się patologie takie jak homofobia i rasizm.  Dlatego właśnie staram się pomagać dzieciom z najbiedniejszych części Indii w uzyskiwaniu dostępu do edukacji. Wraz z zaprzyjaźnioną Smile Fundation chciałabym po prostu zatroszczyć się o przyszłość naszego kraju.

Robi pani karierę w kinie, ale na każdym kroku podkreśla, że pani największą pasję stanowi literatura. 

Uwielbiam czytać, nie wyobrażam sobie życia bez książek. Ciekawią różnorodni aktorzy z całego świata – klasyczni i nowi. Staram się promować również młodych hinduskich pisarzy w kraju. W ogóle lubię raz na jakiś czas zamykać się w pokoju, schować przed całym światem, jeść śmieciowe jedzenie i czytać albo oglądać amerykańskie seriale. To mój sposób na odpoczynek po ciężkim dniu pracy.



Pracuje pani obecnie nad największym projektem w karierze "Prem Ratan Dhan Payo" – superwidowiskiem z Salmanem Khanem, znanego w Polsce z filmu „Kick”. Czy myśli pani, że ta rola popchnie pani karierę na nowy pułap?


Nie wiem, nie zastanawiam się nad tym. Po prostu daje z siebie wszystko. Jednocześnie chcę, aby każdy kolejny film był dla mnie wyzwaniem i zwiększał moje możliwości jako aktorki. Wiem, że box office jest ważny, ale nie chce grać myśląc o pieniądzach, blokuje mnie to. To nie gaża powinna być motywacją, lecz wiara w sukces filmu, który będzie mógł wzbudzać naszą dumę nawet po wielu latach. Salman Khan jest gwiazdorem pierwszego formatu, a do tego ciepłym i dobrym człowiekiem. Mam nadzieję, że stworzymy na ekranie niezapomnianą, wzruszającą parę.


Aktorski duet "Prem Ratan Dhan Payo" 
w różnych piosenkach z filmu. 
Salman Khan po raz 4 w karierze odgrywa ikoniczną rolę dobrodusznego Prema
w filmie Sooraja Barjatyi. Natomiast Sonam wciela się w postać księżniczki o imieniu Maithili

poniedziałek, 16 listopada 2015

Nanni Moretti, czyli kino intymności


Nanni Moretti to wychowanek włoskich klubów dyskusyjnych i to właśnie w ich obiegu rozpoczął swoją karierę – od skromnych pokazów filmów krótkometrażowych nakręconych na amatorskiej, niezwykle popularnej kamerze Super 8. Nigdy nie asystował na żadnym planie, od początku uważany był za indywidualistę i twórcę bezkompromisowego. Tytuł jego debiutu „Lo sono un autartico”, tłumaczony jako „Jestem samowystarczalny” (1976), ma podwójne znaczenie – chodzi o niezależność pod kątem formy i stylu, ale także oderwanie się od kina instytucjonalnego, którym młody twórca się brzydził.




W jednej z najsłynniejszej scen swojego debiutu, Moretti wymiotuje na wieść zawodowego sukcesu Liny Wertmüller, autorki nominowanego do Oscara „Siedem piękności Pasqualino” (1975). Reżyserka ma przejąć na Uniwersytecie w Berkley katedrę reżyserii filmowej. Moretti niejednokrotnie otwarcie sprzeciwiał się kinu takich gigantów jak Mario Monicelli czy Alberto Sordi. Ideologicznie czuł się o wiele bliżej ikony lewicy, filmowego profety Pier Paola Pasoliniego.



W pierwszej z trzech nowej "Dziennika intymnego" Moretti składa symboliczny hołd tragicznie zmarłemu "mistrzowi języka, filozofii i kina"

Kino Włocha przesiąknięte jest autotematyzmem, autoironią, autobiografizmem, niejednokrotnie zostaje w nim obnażona obecność medium filmowego i sam proces twórczy – co najlepiej oddaje już sam tytuł nagrodzonego za reżyserię w Cannes „Dziennika intymnego” (1993). Prześmiewczym tonem opowiada zazwyczaj o życiu, rodzinie, pracy, marzeniach, kraju czy polityce. Struktura pierwszych filmów Morettiego jest rozsypana i anegdotyczna, przypomina momentami esej filmowy. Najlepszym przykładem intymnej aury dzieł reżysera jest quasi-dokumentalny „Kwiecień” (1998), w którym twórca gra samego siebie, zastanawiającego się nad kształtem najnowszego filmu. Występują tu w nim m.in. jego prawdziwa mama, żona i świeżo narodzony synek. Warto podkreślić, że Moretti pojawia się we wszystkich swoich filmach (bardzo często wciela się w tę samą postać, czyli lewicowego intelektualistę Michele Apicella).



Kadr z filmu "Bianca" (1984). 
Nanni Moretti jako Michele Apicella, czyli zafiksowany na punkcie Nutelli profesor matematyki






W ojczyźnie mawia się o nim, że „nauczył zafiksowanych lewaków z 68. śmiać się z siebie, dał im lekcję dystansu”. A przede wszystkim otwarcie pokazał, że ideom trzeba być wiernym nie tylko na piśmie, ale też w praktyce, co udowodnia swoją twórczością i zaangażowaniem społeczno-politycznym. W tej materii ma niezwykły zmysł do prefiguracji zdarzeń. Przed Berlusconim ostrzegał jeszcze w latach 90., w szczególności we wspomnianym autobiograficznym „Kwietniu”, w którym twórca przeżywa wygraną partii Forza Italia w 1994 i polityczne zwycięstwo Silvia Berlusconiego (z tej „smutnej” okazji bohater wyciąga przy swojej mamie gigantycznego skręta i po raz pierwszy w życiu pali marihuanę, stwierdzając: „Co zrobić?”). Filmowy Nanni pragnie nakręcić dokument o ówczesnym premierze, ale przerywa jego realizację, żeby skupić się na innym projekcie (musicalu z cukiernikiem trockistą w roli głównej, stylizowanym na produkcję z lat 50.) oraz ciężarnej żonie.
Silvio Orlando, stały współpracownik reżysera, jako cukiernik - trockista 
w fikcyjnym musicalu, który ma zamiar nakręcić Moretti po przegranej Berlusconiego w wyborach parlamentarnych i historycznym zwycięstwie lewicy. Fragment rewelacyjnego filmu "Kwiecień" (1998)

Najpełniej swoje poglądy na temat rządów ówczesnego premiera autor „Pokoju syna” wyraził w prezentowanym w Cannes filmie „Kajman” (2006). Tak jak w przypadku późniejszego „Habemus Papam”, Moretti przewidział sądowy upadek politycznego lidera (w 2013 r. Berlusconi został prawomocnie skazany na 4 lata więzienia za oszustwa podatkowe grupy Mediaset, stając się więźniem pułapki legislacyjnej, którą sam ustanowił, czyli prawa ad personam). Co ciekawe, po premierze telewizyjnej filmu sam Berlusconi wyznał buńczucznie: „Wczoraj wieczorem mieliśmy przyjemność obejrzeć w telewizji Rai film wyśmienitego włoskiego reżysera, który opowiedział bajkę i nadał mi pseudonim, którego bardzo mi brakowało: panie i panowie, ja jestem Kajmanem”. Warto zaznaczyć, że Moretti organizował też liczne manifestacje przeciwko byłemu premierowi w Rzymie, często we wnętrzu własnego kina Sacher.


Moja recenzja najnowszego Morettiego na stronie Kultury Liberalnej, nr 348. Zobacz na stronie:
http://kulturaliberalna.pl/2015/11/17/portret-rodziny-we-wnetrzu-moja-matka-recenzja/




czwartek, 12 listopada 2015

Filmowe Koty [1]: Dziewczynka z kotem


(Incompresa, reż. Asia Argento, 2014)



W każdy piątek zagości na blogu nowa odsłona cyklu „Filmowe koty”. Interesować nas będą koty postrzegane jako bohater, przyjaciel, towarzysz zbrodni, rekwizyt, element zabawy, symbol, pretekst, magia… A do tego dużo nieoczywistych, eklektycznych przykładów, które przełożą się – mam nadzieję – na ilość filmów „do odkrycia” bądź „przypomnienia”. Niekoniecznie Garfield czy Maniek z serialu „Magda M.” pójdą na pierwszy ogień [czy nawet „drugi ogień” w przypadku wspomnianego Mańka]. Pierwszy kot jest i zawsze będzie wyjątkowy. Kochasz go mimo tego, że daje ci regularnie w mordę łapką, za to, że za długo trzymasz go na rękach (przecież ma *mega ważne* sprawy do załatwienia w domu...). Kochasz go nawet wtedy, kiedy decyduje się na spożycie kabli czy sznurówek, nie wspominając już o *twojej* kolacji…

Drodzy Państwo, pierwszy filmowy kot nie jest biały, a czarny.
I jest włoskim kotkiem o imieniu Dac.


„Dziewczynka z kotem” to film wyreżyserowany przez włoską skandalistkę-aktorkę Asię Argento. Córka legendarnego twórcy horrorów („Suspiria”, „Głęboka czerwień”) opowiada na ekranie szalone dzieciństwo 9-letniej Arii (Giuliana Salerno), która szukała jedynie „solidnej i słodkiej miłości”, ze strony niewdzięcznych przyjaciół, kapryśnych sióstr, a przede wszystkim – wiecznie ze sobą skłóconych – rodziców-artystów (Gabriel Garko, czyli włoskie bożyszcze telewizyjne jako wierzący we wszelkie zabobony ojciec, natomiast w rolę marnotrawnej rodzicielki wcieliła się „nimfomanka” europejskiego kina, Charlotte Gainsbourg). Rzecz w tym, że uzdolniona pisarsko Aria tak łatwo się nie poddaje i walczy o należną jej uwagę i miłość do samego końca. A przy okazji cieszy się nieskrępowaną wolnością„niechcianej córki” na marginesie szeroko pojętej przyzwoitości – punkowa muzyka, papierosy, narkotyki, próba samobójcza, spanie na ulicy, demolowanie mieszkań… Dziewczynka odważnie bawi się całym dobrodziejstwem jaki na świat wydała, momentami dość krzykliwa i kiczowata, kultura lat osiemdziesiątych. Od stroju, po fryzurę czy sposoby spędzania wolnego czasu. Buntuje się bo tak jest w modzie, chociaż wolałaby pewnie spokój. Niezależność jest w jej przypadku koniecznością, a nie wyborem – Aria powie wręcz: „Nie opowiadam wam tego bo chce być ofiarą, chce żebyście mnie lepiej poznali i byli dla mnie mili”. Każdy kadr wygląda jak migawka z polaroida, a w palecie dostępnych barw znajdziemy przede wszystkim zielenie, róże, turkusy i czerwienie. Jednakże bohaterka filmu Argento dzieli stan „wypłowiałej melancholii” w adekwatnym towarzystwie. Jak pisze w jednym ze swoim opowiadań: „Wierzę, że Anioł Stróż wciela się w kogoś, kto jest blisko nas. W kogoś, kto nad nami czuwa. Mój wcielił się w czarnego kota o imieniu Dac”.


Amalgamat marzeń i koszmarów jaki ze swadą portretuje na ekranie młoda Argento przywołuje na myśl „Alicję w Krainie czarów”. Dac, niczym przerażająco uśmiechnięty Kot z Chesire, jest sprzymierzeńcem bohaterki, symbolicznym protektorem w świecie, który stale ją karci i odtrąca. Czarny kot pomaga jej przetrwać w trudnych chwilach, choć sam traktowany jest przez społeczeństwo jako chodzący "na czterech łapach" pech. I chociaż w „Dziewczynce z kotem” rzadko kto się uśmiecha, to i tak odnajdziemy w dziele włoskiej reżyserki dużo tragikomicznego humoru i wzruszeń.


„Dziewczynka z kotem”, podobnie jak „Czterysta batów” Francois Truffaut, to w moim przekonaniu opowieść przeciwko dojrzewaniu, postrzeganym jako „zło koniecznie”. Nic dobrego nie kryje się po stronie dorosłości, jeśli mamy stać się kalkami nieznośnie zadufanych w sobie rodziców. Pielęgnowanie w sobie dziecięcości (niekoniecznie pojętej jako nieodpowiedzialność czy infantylność) mogłoby stać się swoistym antidotum na gnuśność i umożliwiałoby lekkość bytu. A co ważnie, a może nawet najważniejsze – nie ma nic złego w byciu niezrozumiałym, niekiedy właśnie to czyni nas wyjątkowym. Czyż najbardziej uroczym i wdzięcznym z Braci Marx nie był przecież łobuz Harpo? 

                                               Polski zwiastun "Dziewczynki z kotem" (Dystrybucja: Spectator)



/Odrobinka prywaty/ Cykl „Filmowe koty” zainspirowała pewna kocia dama, która zjawiła się w moim życiu przypadkiem, ale już zdążyła się w nim pięknie zadomowić.

Mój Dac, czyli mała Sophie. Tutaj świeżo po lekturze miesięcznika KINO,
który serdecznie wszystkim poleca - nawet myszom

środa, 11 listopada 2015

Wywiad z Jennifer Jason Leigh


Nieśmiała, eteryczna blondynka, która przez większość kariery mierzyła się z rolami prostytutek, narkomanek, kobiet na dnie. Delikatny temperament Mii Farrow połączony z nieposkromioną sceniczną energią Meryl Streep? Jennifer Jason Leigh zbudowała z czasem własną markę i filmografię „hollywoodzkiej outsiderki”, której nie musi się wstydzić.




2015 to zdecydowanie moment przełomowy w jej długoletniej karierze. W tym roku pojawi się najprawdopodobniej pierwsza nominacja do Oscara dla aktorki za rolę drugoplanową w najnowszym filmie Quentina Tarantino, Nienawistna ósemka (swoją drogą mamy przeczucie, że tę nagrodę z rąk Akademii Leigh otrzyma). Na początku 2016 roku do polskiej dystrybucji trafi nie tylko długo wyczekiwany western twórcy Pulp Fiction, lecz także animowany film dla dorosłych Anomalisa w reżyserii Charliego Kaufmana i Duke’a Johnsona, zdobywca Grand Prix na ostatnim MFF w Wenecji.

Fragmenty rozmowy:
całość opublikowana na stronie entertheroom.pl


Diana Dąbrowska: Można powiedzieć, że 2015 to dla pani przełomowy rok – nie tylko świetnie oceniana Anomalisa, ale też wyczekiwana z niecierpliwością Nienawistna ósemka Quentina Tarantino.

Jennifer Jason Leigh: To jest chyba najbardziej ekscytująca faza w mojej karierze, a pracowałam już wcześniej z wielkimi reżyserami, jak chociażby Ethan i Joel Coenowie, David Cronenberg czy Jane Campion. Za mojego mentora uważam Roberta Altmana, u którego zagrałam zresztą dwukrotnie. Co ciekawe, w dwóch ostatnich rolach odbijają się właściwie dwie najważniejsze tendencje w mojej karierze. Za sprawą troszkę zagubionej, neurotycznej i nieśmiałej bohaterki Anomalisy wracam do korzeni. Mało kto pamięta, że w początkach kariery grałam dziewczyny delikatne i pozbawione pewności siebie. U Paula Verhovena (Ciało i krew, 1985) byłam nawet księżniczką, tyle że porwaną i zgwałconą przez Rutgera Hauera…  Daisy Domergue z Nienawistnej ósemki jest za to całkowitym przeciwieństwem bohaterki Anomalisy. Przypomina niemożliwe do okiełznania, dzikie zwierzątko.

Nienawistnej ósemce jest pani jedyną kobietą w tym „męskim świecie”. Jednak już ze zwiastunów można wyczuć, że nabroiła tam pani chyba najbardziej…
Tak, na planie Nienawistnej ósemki byłam właściwie jedyną kobietą, ale nie było dla mnie taryfy ulgowej – byłam zbirem, który zasługuje na powieszenie w śnieżnej, westernowej krainie. Przy czym ten film rozgrywa się tak naprawdę w jednym pomieszczeniu, podobnie jak Wściekłe psy. I tylko Tarantino mógł chcieć nakręcić tak kameralną przestrzeń w gigantycznym formacie 70 mm, który kojarzony jest przede wszystkim z odsłanianiem rzeczywistości ekranowej, z kinem przygodowym. A u Tarantino jest nie tylko mnóstwo brutalnej akcji, ale też dużo pojedynków psychologicznych i przemocy emocjonalnej, dużo intymnych rozmów, retrospekcji. To jest wybuchowa mieszanka – z jednej strony krew się rozlewa, a z drugiej reżyser sprytnie tasuje układ postaci, które się ze sobą stale konfrontują i… nienawidzą.
                         Jennifer Jason Leigh jako Daisy Domergue z Nienawistnej ósemki Tarantino
A jak układała się na planie współpraca z Tarantino?
Tarantino, tak jak Kaufman, to przede wszystkim genialny umysł, który jest w stanie obronić na ekranie nawet najbardziej szalony pomysł. A do tego Quentin jest wiecznie roześmiany, bardzo entuzjastyczny. Robi takie groźne filmy, a tak naprawdę jest słodkim kinofilem, który z pasją opowiada ci o tym co ostatnio oglądał, co wymyślił, co zamierza nakręcić. Jako reżyser skrupulatnie dba o każdy szczegół, ma wszystko bardzo dobrze przemyślane. Od każdego członka ekipy wymaga maksymalnego zaangażowania. Ale nie musi o to właściwie prosić, bo każdy na jego planie chce się wykazać, każdy jest szczęśliwy, że może być częścią jego wizji. Wszyscy chcą go zatem zadowolić i dają z siebie sto procent i to nieważne jakie są danego dnia warunki pogodowe, czy jest zimno czy jest ciepło, jaka jest ilość przepracowanych godzin… Nasza ósemka została wybrana. Oczywiście część aktorów jak Kurt Russell, Samuel L. Jackson, Tim Roth czy Michael Madsen pracowała z Quentinem już wcześniej. Ale dla mnie czy dla Bruce’a Derna udział w tym filmie był jak prezent pod choinkę. Kiedy wygrałam casting na swoją rolę i uświadomiłam sobie, że w wizji Tarantino znalazło się miejsce właśnie dla mnie, to byłam przeszczęśliwa.
                                         Zwiastun Nienawistnej ósemki.  Polska premiera: styczeń 2016
Anomalisa została jednogłośnie okrzyknięta rewelacją festiwalu w Wenecji. Poklatkowa animacja lalkowa dla dorosłych w reżyserii Charliego Kaufmana i Duke’a Johnsona – brzmi to surrealistycznie. Ale czy już wcześniej miała Pani do czynienia z filmem animowanym?
Nie użyczałam wcześniej swojego głosu na potrzeby filmu animowanego. Kiedy twoje ciało nie jest ważne podczas procesu twórczego, a jedynym narzędziem jest głos, wszystko staje się niesamowicie intymne. Mieliśmy tylko jeden dzień prób przed nagraniami, które trwały właściwie dna dni. Tylko trzech aktorów – Ja, David Thewlis jako Michael (główny bohater) i Tom Noonan… jako cała reszta.
                Zwiastun nagrodzonej w Wenecji Anomalisy, reż. Charlie Kaufman i Duke Johnson 
Można by wręcz powiedzieć, że animacja to idealne medium dla wyobraźni Kaufmana. Jednakże Anomalisa zaskakuje tym, że jest zwarta i zdyscyplinowana. Scenariusz pasowałby też do filmu z aktorami. Jednakże trudno sobie wyobrazić lepszą metaforą dla depresyjnie zobojętniałych, zmechanizowanych czasów, w którym każdy nosi maskę i coś udaje – jak lalka – w teatrze życia codziennego.
Cieszę się, że taki wizjoner jak Charlie Kaufman zdecydował się na takie wykorzystanie animacji poklatkowej, bo udowodnił, że to jest tylko środek, rodzaj otoczki, aby opowiedzieć historię dla dorosłych, która obroniłaby się również jako film aktorski. Rzecz w tym, że Kaufman niezwykle realistycznie i subtelnie podszedł do medium, które mogłoby mu dać niesamowite możliwości wizualne. Mógłby wejść do środka tych postaci, ukazać jakieś narkotyczne wizje… Wręcz przeciwnie – ograniczone w swoich ruchach lalki noszą maskę, tak jak ludzie w życiu. Każdy krok właściwie sprawia bohaterowi trudność, co przekłada się na rzeczywisty stan człowieka w depresji. I choć Charlie o tym wcześniej pisał i pokazywał to wielokrotnie na ekranie, to nigdy w taki sposób. Kocham Anomalisę za nieśmiałość, którą w sobie ma. I nie mówię tylko o mojej bohaterce, która postrzega siebie jako osobę nieznaczącą, brzydką, niepewną siebie. Chodzi bardziej o aurę dzieła. Widzowie z łatwością odnajdą się w historii z Anomalisy zważywszy na jej uniwersalną prawdę – każdy z nas pragnie szczęścia i nawet jeśli w tym zawodzi, powinien stale próbować.

                                Kadr z Anomalisy: Michael (David Thewlis) i Lisa (Jennifer Jason Leigh)