piątek, 20 listopada 2015

Filmowe Koty [2]: Co jest grane, Davis?

(Inside Llewyn Davisreż. Ethan i Joel Coen

Grand Prix na Festiwalu Filmowym w Cannes, 2013/4)



Filmowe koty, ujęcie drugie. I to jakie ujęcie. Tym razem nasz bohater jest bezwstydnym rudzielcem, który doprowadza tytułowego bohatera do szału. Przed Państwem: „Co jest grane, Davis?”, czyli Bracia Coen między ironią a melancholią.


Llewyn Davis: człowiek fuck-up



1961, Greenwich Village. Llewyn Davis (Oscar Isaac) próbuje zaistnieć na nowojorskiej scenie folkowej spod znaku uroczych „novelty song” pokroju „Please, Mr Kennedy [oh oh]”. Zazwyczaj grał w duecie, ale jego muzyczny partner Mike Timlin popełnił samobójstwo. Najnowsza płyta Davisa nie sprzedaje się. Bohater nie ma pieniędzy, dachu nad głową, pomysłu na siebie, a co ważne – nie ma po co dalej żyć. Ludzie chcą go „wymazać z mapy świata” – dziewczyna, która myśli, że jest z nim w ciąży, marzy o aborcji, a nie o „dziecku z biednym idiotą”. Dwa lata wcześniej to samo zrobił niejakiej Diane, jednakże ta ostatecznie nie usunęła płodu. Najprawdopodobniej Davis ma syna w Akron (kłopoty ojcowskie to przecież jedna ze specjalności Coenów). 


  "Koci" trailer filmu Braci Coen

W swoim prawdziwym życiu bohater stał się poniekąd karykaturą postaci o których tak pięknie śpiewa. Ale Llewyn Davis nie jest Bobem Dylanem i ma chyba tego świadomość. Chce być upadły, chce być anty-bohaterem. Davis nie trafia w tonację, która zawładnie epoką - jest wiecznie spóźniony. I to właśnie świadomość swojej życiowej porażki, kształtowanie własnej egzystencji na wzór konsekwentnej klapy, wydaje się być jedynym dostępnym zwycięstwem Davisa. Ostatecznie ma nas… i rudego kota. „Co jest grane, Davis?” wydaje się różnić od poprzednich filmów reżyserskiego duetu – jest o wiele bardziej melancholijny i ludzki, a jednocześnie zachowuje typową dla Coenów "ironię losu". Llewyn Davis omija przecież ten zakręt, który mógłby odmienić jego życiową drogę, nadać jej nowy bieg. A przecież tam kryło się miejsce na potencjalne rozwinięcie fabuły, na dramaturgię. Dzieje się wręcz przeciwnie, historia zatacza koło. 

Licencja na ośmieszanie świata

  
"What the fuck...?" w twórczości Braci Coen

Bracia Coen uwielbiają się bawić. Rozliczne, intertekstualne nawiązania na polu zarówno tematycznym, jak i estetycznym ich dzieł tworzą napiętą strukturę, którą widz-detektyw czuje się w obowiązku rozwikłać. Ale ich erudycja idzie w parze z sardonicznym humorem. Bawią się z widzem, poniekąd kpiąc z niego. Każde dzieło kultowych braci jest majstersztykiem, o wiele subtelniejszym, niż chociażby filmy Tarantina, do których Coenowie są stale porównywani. Twórca "Pulp Fiction" działa na powierzchni i wydaje się być dobrodusznym błaznem-geniuszem, filmowi Bracia sięgają znacznie głębiej, w białych rękawiczkach i z przerażająco poważną miną a’ la Javier Bardem z „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Dialektyczność dzieł Braci Coen doprowadza krytyków do szału – nawet najbardziej spektakularna interpretacja może wydać się po czasie lukrowaną wydmuszką. To jest tak jakby artyści z zimnej Minnesoty posiadali „licencję do ośmieszania świata” – im poważniej do nich podchodzisz, tym prędzej wpadasz w pułapkę. W ich przypadku trudno mówić już o cynizmie, trzeba być odświeżyć z szuflady filozoficznych pojęć, coś równie godnego ich błyskotliwości –  niejaki „kynizm” Petera Sloterdijka ("Krytyka cynicznego rozumu") [1]. A może ta podwójność i dialektyczność bierze się z faktu, że jest ich dwóch na pokładzie? Organicznie próbują scalić dwie wizje w jednym dziele. Spostrzeżenie idiotyczne, ale jest coś na rzeczy… Pasuje do twórców „Burn after reading”.


Koci Ulisses, czyli o takim jednym co ukradł całe show

Po pokazie w Cannes Bracia Coen wyznali, że „[ich] film nie ma tak naprawdę fabuły… To nas zmartwiło. Dlatego też wrzuciliśmy do niej kota”. Rudy kompan Davisa staje się spoiwem poszczególnych scenek z życia biednego artysty. „Co jest grane, Davis?” składa się z dwóch części, „dwóch obszarów”. Jedna z nich jest kawiarniano-mieszkalna, czyli zatłoczone i zadymione peryferie Nowego Jorku, w którym rozbrzmiewa muzyka folkowa. Druga natomiast, przeobraża się open road movie, pojawia się jakiś „zgubny” cel – szukanie impresaria o znaczącym imieniu Bud Grossman [2]. Kot jest spoiwem narracyjnym, gdyż wszystko sprowadza się do niego i też „z jego powodu”.

  
Rudy kot otwiera film Altmana "Długie pożegnanie" (1973)
na podstawie powieści Raymonda Chandlera (1953)

Przez cały film Coenów przetacza się również wątek pożegnań. "Co jest grane, Davis?" rozpoczyna się ujęciem idącego kota z ogonem do góry, które przypomina fragment sekwencji otwierającej „Długie pożegnanie” Roberta Altmana. Maść kota też się pokrywa, swoiste przemęczenie i znudzenie bohatera również. Llewyn rozpoczyna film pełną troski balladą “Hang Me, Oh Hang Me”, aby przejść następnie do „Fare Well”. Ostatnie słowa, które wypowiada Davis to zresztą – „Au revoir”. Bohater, któremu początku pisany jest margines, ostatecznie w nim zastyga i to w tonacji własnej pieśni. Tak jak altmanowsko-chandlerowski Marlowe (symboliczny born-loser), Llewyn może z przekąsem dodać – „nawet kot mnie opuścił” (ang. Yeah, I even lost my cat…).

Explain the cat!

   Ale co z tym kotem? Mało tego, kotem o imieniu Ulisses (kłania się kolejne nawiązanie do uniwersum filmowych braci, czyli „Bracie gdzie jesteś?”). Ten mitologiczny wątek nie wydaje się bez znaczenia (jak zresztą wszystko u Coenów, można by żartobliwie dodać – nawet „nicość” ma u nich wartość [sic!]). Jak pisze Iwona Cegiełkówna: „Llewyn, niczym błądzący po labiryncie Tezeusz pozbawiony nici Ariadny, wciąż trafia do punktu wyjścia”. Autorka nie tylko doszukuje się w filmie nawiązań antycznych, ale też baśniowo-onirycznych, w którą postać kota wpisuje się doskonale: »wiąże się z nim bogata symbolika: tajemnicy, mroku, niezależności. Taką niejednoznaczną rolę pełni Kot z Cheshire w „Alicji w Krainie Czarów” czy kot z „Folwarku zwierzęcego” Orwella, który głosuje i za, i przeciw. Ta ambiwalencja podkreśla status Llewyna jako typowego XX-wiecznego everymana, „człowieka bez właściwości”«. Ten brak właściwości mógłby paradoksalnie stanowić cechę – Llewyn jest pechowy, nijaki, ale w moim przekonaniu – imponująco konsekwentny w swojej życiowej postawie. Ale jak wykrzykuje z ekranu Jean, grana przez Carey Mulligan, „wytłumacz się tego kota!”. 


   Krytycy próbowali, fani wciąż próbują. Teorie są jak najbardziej spiskowe. Kot jako talizman, symbol, metafora, żart, nawiązujący do sławetnej scenariuszowej rady Blake'a Snydera ”ocal kota – save the cat!, wówczas każdy pokocha twojego bohatera”… Z jednej strony kot może być odczytany jako odpowiednik samego Davisa, symbol kryzysu jego tożsamości (analiza „The Atlantic”). Ciekawsza jednak wydaje się być interpretacja ze strony „Digitalspy” – Kot to nie Llewys, to… Mike, były muzyczny partner. Tytułowy bohater nie nadaje się na artystę solowego, wszystko robił w duecie. Po wysłuchaniu jego muzycznej interpretacji, Grossman nie proponuje mu kontraktu, tylko miejsce w jakimś trio. Davis kłóci się z Państwem Gorfeins, właśnie wtedy gdy Pani Gorfeins zaczyna śpiewać cześć Mike’a… Kot stale mu towarzyszy na przedmieściach Nowego Jorku. Nawet wtedy gdy okazuje się, że znalazł niewłaściwego rudzielca, zabiera go ze sobą. Zostawia go następnie przy drodze, ale kot do niego wraca... na tej samej drodze. Coenowie uwielbiają powtórzenia –  tak dzieje się ze sceną przebudzenia Davisa u Państwa Gorfeins. Ten psotny rudzielec znów tam jest, ale tym razem ten właściwy, czyli Ulisses. Bohater nie pozwala mu ponownie uciec, chce być sam, chce spróbować żyć po swojemu, nawet jeśli to będzie oznaczać samozagładę. „Co jest grane, Davis?” byłby zatem opowieścią o braku, w tym „stracie samego siebie”.


Zob.: 

Krytycy kochają kota braci Coen:

http://www.vulture.com/2013/12/critics-love-the-inside-llewyn-davis-cat.html

Interaktywny projekt analizy porównawczej: Ulisses i Inside Davis Llewyn

http://www.math.grinnell.edu/~simpsone/Ulysses/Projects/llewyn.php



Rudzielce podbijają Hollwyood

    
Oscar Isaac opowiada o swoich traumatycznych przeżyciach z kotami...


Nawiązując do tytuły, nie mam na myśli gwiazdy „Teorii wszystkiego” (Eddie Redmayne) czy „Wroga numer jeden” (Jessica Chastain). Garfield, Klakier, Krzywołap z serii o HP… a w 2014 koty oczarowały świat występami w „Zaginionej dziewczynie” (niektórzy, żartowali wręcz, że kot wyraził więcej emocji przez jedno ujęcie, niż Ben Affleck przez cały film) i „Co jest grane, Davis?”


"Gone Girl", reż. David Fincher

Ulisses w Cannes cieszył się tą samą sławą jak Uggie, pies z oscarowego „Artysty”. Określony go wręcz „najlepszym rudzielcem od czasu »Długiego pożegnania« Altmana”. Przy czym trudno mówić o jednym kocie w przypadku filmu Braci Coen, gdyż wykorzystano na zmianę całe trio, o pięknych imionach: Tiger, Jerry i Daryl. Kot[y] był ponoć prawdziwym pain in the ass, a Justin Timberlake żartobliwie wyznał w wywiadzie, że „kocur był najbardziej kapryśną gwiazdą na planie, wiecznie niezadowoloną z cateringu”. Za tydzień przyjrzę się zresztą kolejnemu rudzielcowi, który akurat zbudował karierę na tym, że był bezimienny i należał do Holly Golightly – Kot ze „Śniadania u Tiffany’ego”.



Joel Coen: "You have lots of different cats on set... Oh, that one won't do the scene? Try this other one, see if he'll do it.' And you just sit there until he does it, or until you say, 'Fuck it, he ain't gonna do it,' and come up with something else."

Hermiona i Krzywołap w filmie "Harry Potter i więzień Askabanu"

PRZYPISY:


[1] W "Krytyce cynicznego rozumu" Peter Sloterdijk rozróżnia dwie przeciwstawne kategorie cynizmu i kynizmu. O ile cynizm uznawany jest za "wszechwiedzę panów", kynizm charakteryzuje się satyrą, plebejską wolnością, krytyką, emancypacją - "ciało, które prowokuje władzę i wywołuje krytykę". Badacz niejednokrotnie był krytykowany za ahistoryczne przeniesienie pojęć, aczkolwiek postulat stworzenia nowej, oczyszczonej kategorii dla cynizmu jest fascynujący.

[2] Dla fanów Boba Dylana nazwisko Grossman jest od razu rozpoznawalne – przez lata był menadżerem muzycznej ikony. W „Wietrznym mieście” Grossman założył klub folkowy „The Gate of Horn" oraz studio nagraniowe. Llewyn śpiewa w Chicago piosenkę “The Death of Queen Jane”, która zdaje się w pełni oddawać jego desperację. W piosence pojawia się również wątek rodzicielski, który ciąży nad bohaterem (If I lose the flower of England, I shall lose the branch too). Jak słusznie zauważa Adam Nayman w swojej recenzji dla Cinema Scope, Coenowie znów kpiąco puszczają oczko obsadzając aktora arabskiego pochodzenia (F. Murray Abraham) w roli żydowskiego impresario. Etniczne maskarady to znów jedna z ich specjalności. Zob. recenzję na stronie: http://cinema-scope.com/currency/inside-llewyn-davis-joel-ethan-coen-us/


[3] Iwona Cegiełkówna, Co jest grane, Davis?, „Kino" 2014, nr 02, s. 84

Llewyn Davis i rudy kot, ontologiczna odyseja na peryferiach Nowego Jorku

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz